
Po 11 miesiącach od objęcia urzędu premiera zostaje powołany na stanowisko prezydenta. Rzecz jasna nie o Polskę tu chodzi, choć i u nas temat ten w podobnym kontekście staje się coraz gorętszy. Herman van Rompuy premier Belgii, człowiek do niedawna znikąd, 19 listopada został wybrany na pierwszego Prezydenta Unii Europejskiej. Herman van Rompuy wywodzący się z Chrześcijańskeij Partii Ludowej (CD&V) w przeszłości był dyrektorem Centrum Nauk Politycznych, Ekonomicznych i Społecznych oraz profesorem szkoły handlowej w Antwerpii. W 2007 roku belgijski król Albert II powierzył mu misję negocjatora w czasie kryzysu politycznego jaki nastąpił po wyborach parlamentarnych. Zadanie to skupiało się na pojednaniu i wypracowaniu kompromisu między zwaśnionymi Walonami i Flamandami. Po dymisji gabinetu Yves’a Leterme’a w ubiegłym roku objął stanowisko szefa rządu w Belgii dając nadzieję na porozumienie i wypracowanie wspólnego działania.
Zdolności negocjacyjne i skłonność do kompromisów Hermana van Rompuy’a szybko wzbudziły uznanie wśród politologów i obserwatorów belgijskiej sceny politycznej i ustawiły go w jednym szeregu z ubiegającymi się o najwyższe unijne stanowisko. W ubiegły czwartek głosami większości belgijski mediator został wybrany pierwszym prezydentem Unii.
Głosy sceptyków nie milkną wytykając van Rompuy’owi przede wszystkim to, że należy do zwykłych urzędników i że Unia wybrała polityka najmniej rozpoznawalnego w Europie i na świecie. Herman van Rompuy ma jeszcze jedną wadę, która bardzo utrudni mu życie: nie lubi obecności kamer. Czas pokaże czy niewątpliwa cnota dążenia do kompromisu wygra z modą na przebojowość i błyszczenie w świetle kamer.
Piotr Wiśniewski
| Komentarze |
|








