Unijna prezydencja Belgii stała się faktem. Królestwo z pełniącym obowiązki premiera Yves’em Leterme'm, człowiekiem o psychice twardej niczym stal, przejęło przewodnictwo w Unii pod hasłem porządnego zarządzania. Ma być poprawnie, na więcej pozwolić sobie nie można, bo nie wiadomo, kto po p.o. premiera nastąpi i jakie porządki wprowadzi.
Belgia boryka się ze swoimi wewnętrznymi problemami od kilku lat. Z jednej strony, więc nie stanowi, bynajmniej, najlepszego wzoru do naśladowania dla unijnych polityków. Równocześnie jednak może być ona przykładem słabości i siły samej Unii. W Królestwie od dłuższego czasu ścierają się ze sobą nurty nacjonalistyczne z federalistycznymi. Jedni ciągną w stronę języka, ziemi, która jest ważniejsza niż jakieś wirtualne deklaracje i sprawiedliwości (to na północy), drudzy (na południu), pragną pracować w zgodzie, we wspólnej Europie, zabezpieczeni socjalnymi programami dobrego rządu. Konflikt ma wiele poziomów, od językowego, przez taki ogólny - kulturowy kontekst i brak wzajemnej miłości aż po pieniądze. Nie pokuszę się o rozwijanie tychże wątków, bo to robota dla eksperta. Myśl mam natomiast taką - Belgia niech się zmaga ze swoimi problemami jak najdłużej, niech kompromisy osiąga jak najbardziej wyrafinowane i bolesne. Efektem tego trudnego procesu będzie nauka dla europejskich komisarzy, którzy korzystając z bogactwa konfliktu lokalnego na poziom europejski zaniosą pokój i dostatek. Europa jest przecież jak jej belgijskie zwierciadło, podzielona na nacjonalistów, socjalistów, ekologów i pomniejsze odmiany liberałów czy feministek. Wszystko to aż dymi od dyskusji. Niech, więc Belgia w ogniu daje przykład pozytywnych rozwiązań. W tym kontekście nie ma lepszego państwa do przewodzenia Unii a choćby i przez rok.
Jeśli kroś z naszych czytelników ma ochotę qsystozqć Belgii z przejmowaniu przewodnictwa, poniższy link dostarczy Wam niezbędnych informacji.
www.eutrio.be
Maciej Hilarowicz
| Komentarze |
|








