Mówi się, że im więcej, tym lepiej. Angielski – to już podstawa, niemiecki – zawsze mile widziany, podobnie hiszpański czy francuski. Niektórzy jednak idą dalej i decydują się na naukę języków mniej rozchwytywanych, ale za to trudniejszych. Wiele źródeł donosi, że jednym z najbardziej skomplikowanych jest język polski – pod względem gramatyki, ortografii oraz, oczywiście, wymowy.
Jaka siła popycha obcokrajowców, żeby uczyli się tej wprawdzie pięknej, lecz zarazem zdradzieckiej mowy?
Jeden z najczęstszych powodów to po prostu strzała Amora, który nie bierze pod uwagę ewentualnych utrudnień technicznych. Ugodzony szczęściarz może zbagatelizować stan rzeczy i pozostać przy języku, który żadnej ze stron nie przysparza problemów. Często jednak ciekawość i chęć poznania kultury drugiej połówki prowadzą na kurs polskiego. Co ciekawe – częściej spotyka się panów głodnych polonistycznych nowinek niż panie. Ale przecież nie od dziś wiadomo, że czarujące Polki wzbudzają zachwyt mężczyzn zamieszkujących wszystkie szerokości geograficzne.
Także ścieżki kariery zawodowej kierują niektórych na kursy polskiego.
W Polsce, niestety, wciąż trudno porozumieć się po angielsku w miejscach publicznych. Dlatego większość międzynarodowych firm dba o to, żeby obcokrajowiec przyjeżdżający nad Wisłę znał chociaż podstawy języka. W przypadku polskiego nie wystarczy jednak kilka wieczorów z „rozmówkami”. Można w ten sposób wykuć najważniejsze zwroty, ale bez pomocy nauczyciela trudno zrozumieć niuanse gramatyczno-składniowe.
Do grupy cudzoziemców mających pojęcie o naszej mowie zaliczają się też ci, którzy odbyli wolontariat zagraniczny w Polsce. Stephaniŕh (dla polskich przyjaciół Stefanka) mieszkała prawie rok w Gdańsku. Bardzo dobrze wspomina Polaków i naszą kulturę. Uczęszczała na kurs językowy, ale jak przyznaje – najlepsza szkoła to codzienne obcowanie
z żywym językiem i obyczajami. Słowa takie jak „pierogi”, „szarlotka” czy
(o zgrozo!) „barszcz czerwony” same wchodzą do głowy, gdy przywodzą na myśl konkretne smakołyki.
W Brukseli istnieje kilka szkół, które prowadzą kursy polskiego na różnych poziomach. Często oferują lektoraty skierowane do konkretnych grup zainteresowanych – polski dla przedsiębiorców, turystów, osób chcących poznać podstawy gramatyczno-komunikacyjne. Podręczniki są zwykle organizowane przez szkołę, ale dla głodnych wiedzy lub tych, którzy wybierają prywatne lekcje, otworem stoją wrota polskiej księgarni. Szeroki wybór książek, ćwiczeń i słowników pozwala dopasować pozycję do indywidualnych potrzeb ucznia.
Z jakimi trudnościami borykają się śmiałkowie uczący się polskiego? To zależy
w pewnym stopniu od ich języka ojczystego. Szczęściarzom znającym łacinę łatwiej przychodzi nauka deklinacji. Osoby, które nie zetknęły się wcześniej z istnieniem czegoś takiego jak mianownik i dopełniacz, mają twardy orzech do zgryzienia i wiele godzin zakuwania przed sobą. A ich nauczyciel nie lada wyzwanie – jak przekonać ucznia, że chociaż przypadków jest siedem i końcówki niekoniecznie są regularne, to jednak można się ich nauczyć? Inne słowa, które działają na studentów niczym płachta na byka to: aspekt oraz wyjątek. Fakt – tabele czasowników dokonanych i niedokonanych mogą przyprawić o zawrót głowy. Prefiksy, sufiksy, formy typu: „brać” i „wziąć”... „I po co wam to wszystko?” – pyta strapiony uczeń, który chciałby mówić „weszłem do windy” (bo przecież „ona weszła”, „ono weszło” i w ogóle - taką formę łatwiej wymówić!).
Przede wszystkim - trzeba postawić na wytrwałość. Na szczęście istnieją metody łączące przyjemne z pożytecznym – polskie filmy, radio, komiksy. Dla tych, którzy
z uporem mówią „dziewięć” widząc dziesięć palców, poleca się grę w statki. Nieźle sprawdza się także stary, dobry Eurobiznes, dzięki któremu można ćwiczyć zarówno nazwy krajów, jak
i pożyteczne zwroty - parking, podatek, wodociągi, areszt... Ambitni wybierają Scrable – cierpliwość i wyrozumiałość współtowarzysza gry wynagradzają zaskakujące cuda słowotwórcze, których nie powstydziłby się wytrawny językoznawca. Można mnożyć metody nauczania, jednak jedno jest pewne: nic nie zastąpi możliwości codziennej konwersacji. Są tacy, którzy po dwóch latach przebywania
w środowisku Polaków czytają „Pana Tadeusza” w oryginale i Kunderę w przekładzie (polskim, rzecz jasna).
Ale są też i tacy, którzy mają poważne zamiary wobec nadwiślańskich wybranek, jednak niekoniecznie względem ich mowy ojczystej. Wystarcza im, iż znają podstawy – kiełbasa, pić piwo, golonka, Wałęsa, Małysz, impreza i jeszcze kilka innych, których przytoczenie mogłoby zostać uznane za brak przyzwoitości.
Niektóre miejsca, w których można zapisać się na kurs w Brukseli:
http://www.elsb.be/
http://www.gltt.be/
http://www.berlitz.be/en/learn_a_language/
Dominika Piątkowska
| Komentarze |
|








