W piątek 23 grudnia odbył się pogrzeb Leopolda Ungera, dziennikarza, pisarza, komentatora politycznego. Unger był znaczącą postacią polskiego dziennikarstwa. W latach 60 XX wieku sekretarz redakcji Życia Warszawy, szacownego podówczas stołecznego pisma, potem emigrant, autor paryskiej „Kultury” oraz belgijskiego dziennika Le Soir. Paul Mathil, bo taki nosił w Belgii pseudonim, specjalizował się w tematyce Wschodu. Jego polityczne analizy pojawiały się w dyskusji o komunizmie i przemianach postkomunistycznych europejskiego mainstreamu dziennikarskiego. Unger związany był także z Gazetą Wyborczą.
Redaktora Ungera spotkaliśmy osobiście kilka lat temu. Przy kolacji w Wydziale Konsularnym RP w Brukseli. Onieśmieleni mistrzem. Słowa mistrz używam nieprzypadkowo. Unger miał fascynującą osobowość i wszystkie cechy genialnego dziennikarza – styl, inteligencję, talent i pasję. Podczas tego wieczora mówił nam, że bez nich dziennikarzem być się nie da. Prostolinijnie przyznawał, że jemu los cech idealnego żurnalisty nie poskąpił. Miał też wielkie szczęście. Jako korespondent PAP na Kubie Unger w latach 60 jest w oku cyklonu. „To były niewątpliwie największe emocje – opowiadał nam. Wtedy byliśmy przekonani, że stoimy u progu konfliktu atomowych mocarstw.” Potem w Belgii, startował od zera. Jego pozycja w polskim świecie dziennikarskim nie miała tu wielkiego znaczenia. Sam życiorys wystarczył tylko, żeby któryś z redaktorów belgijskiego dziennika łaskawie zerknął na tekst. Udało się nadzwyczajnie.
„Trzeba pisać, co się dzieje” powiedział Leopold Unger odpowiadając na nasze pytanie o taktykę dziennikarską. Klucz to prawdy w tym zawodzie to analizować fakty, być krytycznym i czujnym. Aż tyle.
Leopold Unger zmarł w wieku 89 lat. Ponad 60 lat był czynnym dziennikarzem. Zostawił po sobie tysiące tekstów i kilka książek.
mrah
fot. Piotr Wiśniewski
| Komentarze |
|







