Toskania. Miejsce mojej niedawnej ucieczki przed całym światem, zastąpiło, do niedawna, mój ulubiony Paryż. Przepiękne wschody i zachody słońca nad florenckim Ponte Vecchio, pizza carbonara i litry aromatycznego chianti. Zwiedzałem, bo nie lubię w jaskini siedzieć i pozwalać by inni zadeptywali świat beze mnie. Wróciłem na Oscary przez które dwa dni nie mogłem do siebie dojść. Oto, jednak, jestem zwarty i na pojedynek gotowy.
Jednak „szable czy pistolety?” zastąpiła dziś łacina (ciężki kaliber! To jakby z armat walić w mury Babilonu!) opatrznie, jednak, rozumiana. Bywam z łaciny nienajgorszy; znam kilka łacińskich zwrotów na „k”, ze cztery na „d” i chyba całą odmianę łacińskich słów zaczynających się na „p” - nie będę więc łatwym przeciwnikiem! Łacinę pogłębiłem oglądając niedawno towarzyski mecz naszych orłów gdzie nasza cudowna, trybunowa młodzież w wysublimowany, łaciński sposób sugerowała co należałoby zrobić z PZPN ( słowo na „j”) oraz jakim to nobliwym tytułem rzymskiego dostojnika obdarzają sędziego (zbitek kilku „ch” i „k”). Język, zwany łacińskim, jest coraz popularniejszy i, co należy do najbardziej pocieszających aspektów kulturowych, coraz częściej i z niezwykłą perfekcją łapie ją młodzież. Skaczę czasem po forach całej Polski i Belgii, czytam, słucham i doskonałość językową podziwiam. To żywy język – wciąż ewoluuje pozostawiając w tyle nasz rodzimy, polski. Jak tak siądę i poczytam, blogom się przyglądnę refleksja jedna mnie uderza: zabierz Polakowi łacinę...a będzie milczał. Rzadko jeżdżę metrem po Brukseli zanieczyszczając środowisko małą Hondą lecz gdy już coś mnie tam zapędzi (niechybnie jakaś impreza na mieście, oczywiście przy jasnym z pianką!) i w ścisku posłucham efektu wieży Babel, gdzieś tam, z rogu wyłania się coś co rozpoznaję: polski-łaciński. Oczywiście najczęściej też przy jasnym z pianką. Jakże swojsko się wtedy czuję, bliskość z krajem odnajduję i podziwiam, że i za granicą nasi języka w gębie nie zapominają.
Maciej o przysłowiach wpomniał onegdaj i zapytał co o nich sądzę i czy są one mądrości naszej częścią. Postanowiłem zrobić eksperyment; wziąłem więc tego Kubę i Boga i zacząłem tłumaczyć znajomej hiszpance wspinając się na wyżyny „translatorstwa” polsko - angielskiego (bez użycia łaciny) zasapałem się, a widząc jej coraz bardziej zdezorientowaną minę, poddałem się gdy doszedłem do momentu tłumacząc, że Bóg nie ma nic do pięknego kraju Fidela Castro. Uznałem wtedy, że niech już lepiej każdy ma swoje narodowe mądrości, swoje powiedzonka i przysłowia i interpretuje jak chce. Nie tłumaczmy ich ale uczmy Innych i siebie samych(!) języków by nie wypaczać sensu i waśni narodowych nie wszczynać.
Moja łacina, ta polska jej wersja, nie leży mi zbytnio więc z bitwy wrócę pokonany. Łcinę jednak przez duże „Ł” darzę wielką estymą i żałuję, że nie było mi nigdy dane poznać ją głębiej niż „non omnis moriar” czy „memento mori”...
Piotr Wiśniewski
*Przez trudy do gwiazd (Seneka, nomen omen)