
Jasna cholera!@*&$! Dość tej łaciny, dość bełkotu – wzywam o opamiętanie Maćku! Gdy już udowodniliśmy, że do świata wielkiego należymy i słów trudnych znamy bez liku..zejdźmy na ziemię. Tego bloga czyta mój wujek w Polsce, mój brat, żona a nawet pewna hiszpanka (używa ona kontekstowego translatora, więc im bardziej komplikujemy nasze teksty tym bardziej jej komputer się grzeje – miejmy litość!). Kolejny dzień minął rozdarty między szkołą francuskiego (kiedy, do diabła nauczę się tego języka?!) a węszeniem tematów wśród brukselskich ulic.
Dziś nie wywęszyłęm nic. Nos jednak zaprowadził mnie w zupełnie inne miejsce – do Polski. Kraj, z którego mnie „wywiało”, wciąż kolorowo zaskakuje i woła: wróć! Zajrzałem więc do ojczyzny słabej złotówki, skorumpowanej piłki nożnej i wiecznych problemów z rozporządzaniem krzesłami w zagranicznych wojażach (wystarczyłoby, że zadzwoniliby – pożyczyłbym swoje, piękne...z Ikei, mam...), oto co znalazłem...
W Naszym Kraju, w międzyczasie „Ważni Panowie” z UEFA odwiedzili Wrocław, Gdańsk i mój ukochany Poznań, zdaje się, że byli zadowoleni, co utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak mecz naszych, odnowionych, orłów rocznika 2012, z Holandią lub Francją obejrzę na Bułgarskiej. Z innej beczki: trwa masowa sr***a ...tzn. pełna mobilizacja do zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego. Pojawiają się nazwiska, postaci, które w Kochanej Ojczyźnie dawno już przebrzmiały; byli posłowie partii rządzących, ministrowie, byli premierzy – jednym słowem cały niepotrzebny majdan do wypchnięcia tutaj! A miało być tak pięknie. Jak pomyślę sobie, że kolejne mecze polaków będę oglądał, przy jasnym z pianką, na „luxembugu” w towrzystwie Panów Ziobro, Oleksego lub Millera to...zaczynam źle życzyć wszystkim naszym sportowcom. Miało nie być politycznie? Łatwo mówić! Maciej zapewne ma swoje zdanie i znów doda swoje trzy grosze, ale trudno – ja obstaję przy swoim! Dusza kibica potrzebuje nie tylko przestrzeni ale też nadziei, nadziei na wygraną – a co z nimi wygram, hę? Tak czy owak, brukselska przyszłość leży w demokratycznych rękach moich rodaków (swoje również przyłożę) i ...pomidorami przypieczętuję ich wybór.
Nie tylko polityką człowiek żyje więc na koniec znalazłem krzepiącego newsa; oto w Anglii możemy do knajpy zajść z własnym browarem! Blisko 40 pubów na wyspach jest zamykanych tygodniowo z powodu kryzysu i szalejącej recesji ograniczając drastycznie brytyjskie przywyczajenia do popołudniowego Guinness’a. Jeden z brytyjskich pubów (gdzieś w centralnej Anglii) ratując się rozpaczliwie przed podobnym losem postanowił skasować jedyne 5 funciaków za „wjazd”, a cały własny(!), arsenał w reklamówce można wnieść ze sobą! Myślę sobie, że oprócz ratunku dla własnego biznesu może to być całkiem niezłe spectrum społecznej konsumpcji na wyspach. A co, jeśli okaże się, że tak naprawdę najpopularniejsze jest piwo „babiczki z Chrzanowa”, niezłomnego tatrzańskiego herosa albo zwierzaka z puszczy?
Na zdrowie!
Piotr Wiśniewski