
Blog to niby taki ‘osobisty’ pamiętnik tyle, że publiczny. Zatem wnioskować należy, że w jego istocie leży pisanie tego co mi na sercu i wątrobie leży a publikując trzeba liczyć się z konsekwencjami. Spróbuję i zobaczę co z tego wyniknie, a na dzisiejszy, bliski mi, temat wybrałem: football.
Wczorajszego wieczora byliśmy świadkami nieprawdopodobnych piłkarskich upokorzeń; Bayern ‘zdemolował’ po raz kolejny portugalski Sporting, co mniej zajmuje moje myśli, niż cud, który miał swój początek 2 tygodnie temu na Santiago Bernabeu gdzie Liverpool pokonał Real, by powtórzyć to wczoraj, w rewanżu, na Anfield Road i upokorzyć najbogatszy klub świata wygrywając z nim...4:0! Los Galacticos byli kompletnie bezbronni wobec układu: Torres, Gerrard i Babel. El Niño błyszczał dając nam sygnał, że przyszłoroczny tytuł najlepszego piłkarza świata zamierza on – właśnie - zabrać do domu. Jestem wielkim fanem Liverpool’u i wierzcie mi, że endorfiny jakie wczoraj otrzymał mój organizm mogę porównywać jedynie z własnym ślubem (tu oczko puszczam do żony). Football łączy i dzieli - wszystko zależy gdzie się znajdziemy i o jaką stawkę gramy. W dzisiejszym kosmopolitycznym świecie, trudno jest utrzymać nasze futbolowe sympatie; zbyt często nasi idole zmieniają kluby (kto nadąża za Beckhamem?), zbyt często kluby kreują nowych idoli, zbyt często kluby i nasi faworyci zawodzą nasze nadzieje. A propos: kto dziś pamięta wielkiego, niegdyś, Rivaldo, hę?! Ryszard Kapuściński napisał niegdyś „Wojnę futbolową” ( w roku 1969 ) by opisać jakie emocje wzbudza ten sport, że trudno pogodzić się z porażką ( Honduras przegrał wtedy z Salwadorem ) i, że frustracja przegranej może prowadzić do większych, niż tylko zbijanie kufli w pubach, konsekwencji. Mam jednak nadzieję, że wielka Hiszpania nie zaatakuje małej Anglii z powodu – sromotnej, bądź co bądź – wczorajszej porażki, bo jako fanatyczny fan klubu z Anfield Road jestem gotów natychmiast pójść w ślady sławnego dywizjonu 303 i po - choćby tylko- półgodzinnym przeszkoleniu oddam pierwszą serię do Zorro’. Uff...czerwono się zrobiło. Ochłonę popijając co nieco jasnego, piankę zdmuchnąwszy uprzednio...
Był wczoraj i Małysz. Człowiek – mała mysz- który niegdyś porywał miliony, sportem na wymarciu zainteresował rzesze i budował przez klika sezonów Narodowe Ego. Gdy przestało mu się wieść sprzedaż szalików i kiwających łapek masowo spadła lecz nadzieja polska tliła się gdzieś cichutko. Obejrzałem wczoraj pierwszą serię w Kuopio i po skoku Małysza na 12 miejsce, odechciało mi się (kolejny raz). Drugą serię darowałem sobie wiedząc, że ‘Wiślak’ walczy co najwyżej o miejsce w pierwszej ‘10’. „Niewierność” nie popłaca ( moja żona przypomina mi to nazbyt często! ). Nie wierzyłem w Adama i polską myśl szkoleniową, Nie wierzyłem, że po 2 latach wielokrotnych prób doczekam się naszego championa znów na podium. Wczoraj zaś Adaś zrobił to co potrafił najlepiej – pofrunął...najdalej. Skok jaki wykonał był tak daleki, że doprowadził go wprost na podium, był trzeci. Po raz pierwszy od dwóch lat. Jestem z niego dumny i...obiecuję teraz, że dopóki będzie startował nie zwątpię w niego. Podobnie jak w Liverpool. Ślubuję więc: wierność Liverpoolowi, Adamowi...i kuflowi pełnemu piany. Z żoną sprawę załatwię poza blogiem...
Na zdrowie!
Ps. Dziś Manchester walczy o przyszłość, a Inter o swą Legendę...
Piotr Wiśniewski