
Gdy nasi nadwiślańscy ziomkowie biegali po puszczach goniąc żubry i tarpany w odległych Chinach doskonalono kung fu i opracowywano coraz to doskonalsze techniki wytwarzania jedwabiu. Z biegiem lat przejęliśmy od nich proch, Feng Shui i bawełniane koszulki niewiele oferując w zamian. Ponoć swego czasu największym polskim hitem eksportowym był Bolek i Lolek oraz Reksio, ale chyba z powodów zbytniej słowiańskości oraz zbyt sympatycznemu pyskowi naszego psiaka i im nie udało się podbić Chin.
Dziś jednak mamy dwie rzeczy, których Chińczykom trzeba: Natalię Partykę i miejsca pracy. Natalia przetrzepała gospodarzom ostatniej olimpiady skórę zdobywając 2 medale w ich narodowym sporcie – ping pongu (paraolimpiada) i udowodniła, że Polak potrafi. Drugi wabik jest chyba silniejszy, bo w obliczu kryzysu niewiele jest krajów, które zapominając o całym tybetańskim ambarasie marzą o przybyszach zza Wielkiego Muru, przy którym można poczuć się Panem. Wyczytałem niedeawno, że w pewnym dużym mieście w Kujawsko – Pomorskim zatrudnieni tam w pewnych zakładach Chińczycy wynaleźli...strajk. W jeden z poniedziałków nie przyszli do pracy, bo okrutny Polak nie płacił i zapewniał warunki niegodne człowiekowi. Nie zapewniał też żadnego tłumacza przez co kontakt z azjatami był utrudniony, bo oni akurat polskiego też nie znali. Całą sytuacją zajął się ambasador Chin, który osobiście pofatygował się do malowniczego województwa w centralnej Polsce by przetłumaczyć (do rozumu) stronom ich pretensje. Tak czy owak produkcja zakładu stanęła pod znakiem zapytania, bo jak się okazało, zasmakowani w wolności mieszkańcy Orientu chcą już z nieprzyjaznego kraju wyjechać i wracać do domu. Szczerze mówiąc wcale mnie to nie dziwi, bo, zapewne, podobnie czują się nasi nieszczęśni zbieracze pomidorów we Włoszech. Problem tylko w tym, że włoskie pseudoplantacje są we Włoszech ścigane przez prawo a po ujawnieniu hańbiącego procederu nasi rodacy wracają szęśliwie do domu, pewnie też nie wsiądą już za żadne skarby do weneckiej gondoli i pizzy do ust nie wezmą. Nasi bez Włochów się obejdą jak oni bez nas – to w najgorszym razie...
Niejaki Jarosław Kisielewski – emigrant budowlaniec, wygrał niedawno pewien brytyjski teleturniej pokonując rodowitych fachowców i stając się i sławnym i bogatym. Co to wszystko ma do Chińczyków? A to, że Euro 2012 zbliża się wielkimi krokami a nasze ‘złote rączki’ siedzą na wyspach (no i w Belgii!!!) i wrócić nie zamierzają; mamy do wybudowania kilka stadionów i niebotyczne ilości dróg, których bez rąk do pracy – tanich rąk do pracy – nie damy rady zrobić. Egzotyczny pomysł o mieszkańcach Chińskiej Republiki Ludowej, jak widać, przestał być już egzotyczny i stał się całkiem realny lecz naszych małych pracowników nie umiemy utrzymać, bo nam się nie chce. Jeśli ta mała grupa tak szybko poznała się na naszych zamiarach, że nawet schabowy z kapustą ich do pozostania nie przekonuje to co zrobimy? Co zrobimy gdy już sprowadzimy milion Chińczyków by nam te (cholerne!) autostrady wybudowali, a oni buntując się, jednego dnia, założą komitet strajkowy, odmówią pracy, wysypią ryż na tory i zablokują (nie) wybudowane drogi? Jak dobrze pokombinują to uświadomią sobie, że są największym związkiem zawodowym w Polsce i teraz mogą największe numery świata! Trzeba powiedzieć sobie jasno: Chińczycy to bardzo mądry naród i łatwo wykiwać się ich nie da...
Piotr Wiśniewski