Szaleństwa Paryża. Taką nazwę nosiło pewne francuskie varieté, w którym przed laty miałem okazję spędzić wieczór. Niewiele wtedy wiedziałem o Paryżu i jego szaleństwach skupiając się jedynie na tańczących panienkach i pitym po raz pierwszy prawdziwym szampanie. Panienki nie były prawdziwe gdyż okazali się nimi smukłonodzy faceci, za to szampan był jak trzeba. Tydzień temu miałem okazję przypomnieć sobie smak tego wybornego trunku.
„Pan Zygmunt, urodzony w Krośnie, w rodzinie katolickiej, wychowany został w rodzinnej tradycji i zamiłowaniu do pracy przy wałach korbowych, od 1992 roku zatrudniony w Krośnieńskich Zakładach Przemysłu Kolejowego*; doszedłszy po 13 latach do funkcji starszego brygadzisty poznał podczas delegacji służbowej do Kociałkowej Górki panią Lucynę. Pani Lucyna pracowała wtenczas...” - tak wyglądałby fragment z niejednego polskiego ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego gdyby go żywcem przenieść z Francji. Ta inwokacja trwająca niemal pół godziny, wprawiając nas najpierw w osłupienie kończąc na tłumionym śmiechu, była częścią lokalnego zwyczaju, którą nazwałbym: inicjacją nowych członków wspólnoty miasteczka. Podczas tej urzędowej wiwisekcji dowiedziałem się: gdzie, kiedy, jak i dlaczego życie moich przyjaciół doszło do tego momentu – zaiste niezwykłe przeżycie. Przed kościołem witał nas ksiądz ściskając każdemu ręce, by później, miast poważnej mszy, urządzić coś na kształt telewizyjnego show: pogaduchy na luzie, lecz z powagą, o wspólnym życiu. Przerywnikami „na reklamę” były tam występy, a capella, chórku gospel. Mój słaby francuski nie wprawił mnie w zakłopotanie, choć bardzo się tego obawiałem, atmosfera, bowiem, była nadzwyczaj sympatyczna więc i drżenia kończyn ani żadnych omdleń nie było. Po wyjściu z kościoła pozostało w nas - nie uczucie ulgi – a mile spędzony czas i urocze wrażenia. Analogie i różnice do rodzimych uroczystości pozostawię bez komentarza.
Było i wesele. Wspomniany szampan, homar, kanapki z kawiorem i Bordeaux rocznik 1979 jednym słowem: burżuazyjny przepych lecz w dobrym smaku. Tańce – wygibańce, jako rodzaj deseru, dozwolone były dopiero po północy gdy już się nagadano i z gracją spałaszowano foie gras zapijając Chardonay rocznik jakiś tam. Polski taniec weselny jest odtrutką na nieprawdopodobne ilości zrazów, ziemniaków i różnej maści płynów opartych na ziemniakach właśnie. Francuski taniec weselny jest równoprawnym elementem wesela; ma swój czas i w niczym nie ustępuje degustacji roquefort czy kulce lodów zatopionej w calvadosie.
Blisko stu bawiących się ludzi i nikt nie przesadził. Nikt się nie pobił, nie przewrócił, nie wygadał panu młodemu, nie rozlano kieliszka wina a nawet w tańcu nikt nieskromnie za pośladek też nikogo nie złapał – ot, taki dziwny folklor. Niemal wszystko było inaczej niż u nas i ciesze się z tego. Często oglądając z żoną programy podróżnicze na Discovery puszczamy wodze wyobraźni wyobrażając sobie siebie w przeróżnych egzotycznych miejscach, uczestnicząc w niezwykłych lokalnych rytuałach.
Nie trzeba nam było jechać do Mongolii by dotknąć innego świata i poczuć się zupełnie bezradnie...trzymając sztućce nad ciałem martwego homara.
Piotr Wiśniewski
*powyższe zakłady są jedynie wytworem mojej wyobraźni i nie muszą dotyczyć ani konkretnych zakładów, ani Krosna ani Pana Zygmunta w szczególności.
| Komentarze |
|








