No proszę! Już miałem od sportu dać sobie zasłużone wakacje, zajmując się co najwyżej dmuchaną piłką plażową, a tu tyle spraw do obgadania. Barcelona bije w finale Ligii Mistrzów Manchester United 2:0, w Polsce Wisła broni tytuł spychając długo faworyzowanego Lecha aż na trzecią pozycję, Rafael Nadal sprawia największą sensację przegrywając w niedzielę w lasku bulońskim ze Szwedem Soderlingiem i zamawia lot powrotny do Hiszpanii. Nie bez emocji się obyło i w Belgii gdzie RFC Liege pogrążył brukselski Anderlecht zgarniając na finiszu tytuł mistrza kraju.
Przechadzając się ulicami Brukseli, trochę tu, trochę tam, i za dnia i wieczorami, jakoś trudno mi jest zobaczyć sportową pasję na twarzach przechodniów, kierowców, właścicieli sklepów i kawiarni. Ten widok (jego brak, właściwie) pozostaje u mnie w ciągłej sprzeczności z migawkami ze stadionów, które oglądam co weekend na ‘rtbf-ach’ i tym podobnych, w których pełne fanatycznych tłumów sektory uświadamiają, że sport w Belgii żyje. Nie wiem gdzie ONI są na codzień! Nie zapomnę pewnego dnia w szkole - a było to wtedy gdy Justine Henin ogłosiła zakończenie kariery - i mój nauczyciel, ze wzruszenia sercem, westchnął: „Ech, jaka szkoda, była wspaniała, nasza Juju...”. Wtedy to właśnie do mnie dotarło, że po Kim Clijsters to Henin właśnie była ostatnim krajowym ‘małyszem’ i po niej choćby potop. Narzekamy w Polsce, bo lubimy i mamy to we krwi, narzekamy, że nie mamy sukcesów, że nie wygrywamy: a co mają biedni Belgowie powiedzieć? Gdy w ubiegłym roku siedemdziesiąta któraś siatkarska drużyna na świecie, rodem z Królestwa Belgii, pokonała wielką Polskę będącą wtedy drugą drużyną świata, mój trener fitnessu nie omieszkał tego podkreślić, podskakując przy każdym wypowiadanym słowie. Niech mają, a co. Kibicowanie na obczyźnie, w ogóle nie jest sprawą łatwą; bo i ciężko tu ciągłość zachować (polskiej tv wszak niet!), skoki narciarskie są tu czymś równie niespotykanym jak tabboulé nad Wisłą, więc tak w ogóle to najlepiej swe sympatie lokować w parkowo-plażowy pétanque. Tak to już jest. Nawet moi redakcyjni przyjaciele – zdradzę to, choć czekają mnie za to ciężkie katusze – nie pałają żądzą wspierania żadnej z drużyn piłkarskich, siatkarskich, żużlowych czy choćby bobslejowych. Nie wzrusza ich małyszomania, kubicomania ani żadna inna mania sportowo-telewizyjno-pochodna, więc czuję się tu sam jak palec :-(. Cytując pewne słynne filmowe zwierzę zaśpiewałbym: „Jestem taki sam, jak palec albo coś tam...” zmagając się co weekend z nieujarzmionymi emocjami, a zwłaszcza z własną żoną, zatykającą uszy na kolejnej szykanie w Bahrajnie.
Piotr Wiśniewski
Ps. Skończyła się LM, skończyły ligi krajowe, olimpiada też się nie kroi, zatem kolejny blog nie dotknie sportu w ogóle. No chyba, że...