Już jestem. Również i moje wakacje dobiegły końca i zastanawiam się tylko co z nich najmocniej utkwiło w mej pamięci, co my w ogóle zapamiętujemy z naszych wakacji? Może przytulne pokoje hotelowe, lub zapachy uliczek i kafejek, a może ilość toplesów na plaży tudzież tors pana ratownika? Czasem najbardziej w naszych wakacyjnych wspomnieniach pozostają śmieszne historie będące później pożywką dla popularnych programów telewizyjnych lub internetowych tub.
Takie historyjki, wpadki, ma pewnie każdy i to nie jedną. Ot, moja żona, która choć niezwykle miło wspomina pobyt na jednej z wysp kanaryjskich, to jednak jazdę zdezelowanym Clio już niezupełnie. Tę opowieść zostawię jednak na kiedy indziej...
Od lat jezdżę do Hiszpanii, bo i klimat taki jak lubię, i połączenie dogodne, i ceny całkiem znośne, a i widoki jakich mało. W tym roku pobyt na gorących wyspach zamieniłem na stały ląd, gdzieś niedaleko Barcelony. Moja humanistyczna dusza, dusza odkrywcy i podróżnika, szybko się męczy od plażowych bezczynności i nieefektywnego podglądania spod palmy. Zawsze ciągnęło mnie do tych słynnych miejsc, o których czytałem u Verne’a, Hugo czy Coelho. Katalonia jest do tego stworzona.
Rozśpiewana, roztańczona Barcelona, pochłonięta tygodniowym świętowaniem Tarragona dały mi ‘kopa’ na cały rok. Oczywiście były i plaże, i toplesy i jasne z pianką – wszystko to w różnych proporcjach zapamiętane, w innym kształcie przekazywane.
Niniejszym uznaję kolejny wakacyjny okres za udany i – niestety – za skończony. Co więc będę z tych wakacji najmilej wspominał? Z pewnością doskonałego latynoskiego kucharza, prześliczną La Padrerę i intrygującą, uzależniającą Estrellę.
Piotr Wiśniewski
| Komentarze |
|








