
Kiedyś z kolegami redakcyjnymi zastanawialiśmy się nad założeniem nowej rubryki, w której pisalibyśmy tylko o tym co nas dziwi, zastanawia, szokuje w Belgii. Pomysł na razie zarzuciliśmy, ale faktem jest, że co rusz przyłapujemy się na sytuacjach, na które nie byliśmy przygotowani. Wczoraj byłem świadkiem wydarzenia, które pewnie długo pozostanie w mej pamięci...
Porte de Namur to miejsce znane zapewne każdemu kto przemieszkał tutaj chociaż 3 miesiące. To tu zaczyna się jedna z najbardziej uczęszczanych, handlowych mekk, ulic Brukseli – Chaussée d'Ixelles. Od znanych fast foodów, przez modne butiki, po księgarnie, second-handy i antykwariaty ulica XL-ska kusi mieszkańców i turystów. Jest i bank, jeden z największych, którego siedziba mieści się na samym początku tej ulicy, tuż przy wyjściu z metra. To dobre miejsce spotkań i właśnie tam czekałem i ja na kogoś kogo dawno nie widziałem. Była 12.30, byłem pierwszy (co zdarza mi się nieczęsto!) i czekając obserwowałem pędzący tłum. Wśród kolorów szali, mnogości butów i odcieni noszonych kurtek dostrzegłem mały płomień.
Siedzący na chodniku pod siedzibą banku (zapewne) bezdomny, z sobie tylko znanych powodów, postanowił podpalić swój dobytek składający się gównie ze swojego swetra (bez obaw – trzymany w ręce, nie na sobie!), bananów i jakichś śmieci. Pan Bezdomny trzymał w drugiej dłoni do połowy wypitą/niedopitą butelkę czerwonego wina i mętnym wzrokiem wpatrywał się w powiększający się ogień. W miejscu gdzie siedział chodnik ma nie więcej niż 2 metry szerokości i dla masy ludzi, w porze lunchu gonionych wilczym głodem, stanowi naprawdę niewielką przestrzeń. Sweter palił się coraz większym płomieniem, ja wciąż czekałem na umówioną osobę, mijały kolejne minuty i z zaciekawieniem obserwowałem kolejne postaci coraz trudniej omijające pirotechniczne zjawisko, przeskakujący jak harnasie nad góralską watrą. Niezależnie od rodzaju ubioru, który wszak wiadomo, że o jakimś statusie tam stanowi, nikt nie podjął się ani akcji mediacyjnej (z Panem Bezdomnym) ani inicjującej gaszenie sensu stricto. Byłem pewien, że po chwili pojawią się odpowiednie brygady, które całą sprawę zakończą.
Minęło kolejne 10 minut i właśnie dostałem wiadomość, że muszę jeszcze na swego gościa poczekać, bo korki itp. Pan Bezdomny w międzyczasie – zapewne rozgrzany wystarczająco – porzucił swe ognisko i...stanął tuż koło mnie niezłomnie dzierżąc butelkę czerwonego. Wierzcie mi, że dość wesoło wyglądała sytyacja gdy ja-świadek i on-sprawca stojąc obok siebie spoglądaliśmy wspólnie w jednym kierunku: na pięknie zajęty płomieniami stos śmieci przy wejściu do wielkiego banku, na zatłoczonej ulicy w Brukseli. Nieprawdopodobna wręcz bierność przechodniów, właścicieli okolicznych sklepów (o samym banku już nie wspomnę) napawała mnie grozą: co będzie gdy moja chałupa się zapali, albo samochód, hę?!!! Po blisko piętnastu minutach – pod nieobecność gościa spędzałem czas nadzwyczaj interesująco – jakiś Pan z banku zagasił wreszcie symboliczny stos bezdomności a sam sprawca machnąwszy ręką przeszedł, na czerwonym, na drugą stronę i...jął próbować rozpalenie nowego ‘światełka’ tuż przy ustawionych obok metra rowerach. Nie reagował nikt, nikt nie widział, żenasz kolega za chwilę pozbawi transportu kilka tuzinów cyklistów. Dreszcze przeszły mi po plecach.
Osoba, na którą czekałem wciąż była w drodze, a ja w tym momencie postanowiłem być ostatnim (może pierwszym?) sprawiedliwym, zacząłem szukać policji. Wyobraziłem sobie, że...
Tak czy owak o 12.45 policji ni innych władz nie napotkałem i z żadnych stron świata śladu ich nie dało się dostrzec. Pan Bezdomny zaś zdenerwowany zbyt porywistym wiatrem uniemożliwiającym mu realizację pomysłu zszedł ruchomymi schodami do metra. Zapewne tylko tam mógł dokończyć niezwykły performance z ogniem i butelką czerwonego bordeaux.
Piotr Wiśniewski
| Komentarze |
|








