Ostatnie dwa tygodnie przyniosły wiele wydarzeń, o których nie prędko zapomnę. Wiele z nich kręciło się wokół sportu.
Nie zapomnę z pewnością turnieju Masters w Snookerze, który odbywał się w Londynie, nie zapomnę zwłaszcza finału. Od czterech lat w tym wyjątkowym turnieju mistrzów spotyka się w finale ta sama para wygrywając na przemniennie. Tym razem swych fanów rozczarował wielki Ronnie przegrywając z Selbym 9:10 mimo prowadzenia 9:6! A już miałem co do niego pewne plany...
Był też turniej – zakończony w niedzielę – w którym polska ekipa szczypiornistów szła jak burza. Do czasu. Stawiana, wcale nie na wyrost, w gronie faworytów do najwyższego podium przegrała wszystkie dane jej szanse i wróciła do domu z niczym. Przyznam jednak, że Szmal to potęga (kto widział ten wie, ze Szmal wart jest dużej kasy) i jego zapamiętam miło.
Był inny turniej – na antypodach – gdzie najpierw uwaga ma skupiała się na Walonce Juju lecz i ta poległa w finale. Miałem tam jednak asa, któremu kibicuję choćby nie wiem co – Rogera. Wielki Szwajcar wciąż jest na szczycie wygrywając kolejnego Szlema (nie Szmala!) w perfekcyjny sposób. Zapamiętam i to.
W międzyczasie skakał Małysz dając wielu nadzieję na sukces i przekonanie, że siła woli, determinacja dodaje tyle samo co wiaterek pod nartami. Szalała też Justyna Kowalczyk osiągając kolejne podia sprawiając sobie na urodziny doskonały prezent. Justyna, bowiem, urodziła się 19 go stycznia i zapewne świętowała tego dnia.
19 stycznia ja również świętowałem urodziny i choć w innych okolicznościach byłyby może i toasty za Justynę, jednak tym razem świętowałem urodziny, a właściwie narodziny, mojego synka.
O 16:37 w szpitalu w dzielnicy Ixelles przyszedł na świat zdrowy chłopiec, który nawet nie miał pojęcia jakie sportowe emocje towarzyszyły jego narodzinom. Zapewne kiedyś się o tym przekona... o ile choć trochę wda się w swojego tatę.
Piotr Wiśniewski