Piątek. W gandawskim Kinepolis festiwal filmowy dobiega końca. Pozostała jeszcze gala zamknięcia i wielki koncert muzyki filmowej na welodromie. Jest też jeszcze jedno wydarzenie, którego przegapić nie mogę – Q & A z Normanem Jewisonem. Ten legendarny reżyser ma już dziś 85 lat i, jak mało który z żyjących twórców, pracował niegdyś z największymi wirtuozami ekranu tworząc niezapomniane i ważne kulturowo obrazy. By o żadnym z nich nie zapomnieć przewertowałem całą filmografię na imdb-ie uświadamiając sobie jak bardzo Go nie doceniałem.
Gdy sięgam pamięcią do lat szarego PRL-u i dwukanałowej telewizji przypominam sobie ledwie kilka filmów, które stanowiły często powtarzaną (i nieocenzurowaną) rozrywkę zza oceanu – jedną z nich był „Skrzypek na dachu”. Mój dziadek zwykł potem podśpiewywać ‘Gdybym był bogaczem’, które jakże często lansowane było jako hit sylwestorych wieczorów czy koncertów życzeń na srebrnym ekranie. Jewison odpowiada też za „Aferę Tomasa Crowna” i „Cincinnati Kida” ze Steve McQeenem, za rock operę „Jesus Christ Superstar”, za sukces Cher we „Wpływie księżyca” i brutalną wizję przyszłości w „Rollerball”. O godzinie 16.00, siedmiokrotnie nominowany do Oscara mistrz kina, wchodzi do sali nr 9. Jest niższy niż mi się wydawało, ubrany jak zwykły emeryt w koszule w kratę, rozpinany sweter i jeansy. Ten poczciwy wygląd podkreśla jeszcze reklamowa bejsbolówka z filmu „Up in the air” mocno wciśnięta na głowę. Spotkanie zaczyna się zaraz po filmowej prezentacji jego dokonań. Siedzę w pierwszym rzędzie, mam Go na wyciągnięcie ręki i słucham jak urzeczony człowieka, który o McQueenie opowiada jak o synu, a o Bergmanie jak o ojcu. Mówi powoli i niezwykle wraźnie, mój angielski wystarcza więc by zrozumieć dokładnie snute historie z czasów gdy Ameryka była innym krajem. Sam Jewison jest Kanadyjczykiem i choć – jak sam wspomina – wiele lat spędził w Stanach trudno było mu się stać Amerykaninem. „Nie potrafiłem pojąć jak można wysyłać swoich obywateli (czarnych) na wojnę po to, by bronili kraju, który później każe im siadać z tyłu autobusu, korzystać z osobnych toalet czy dystrybutorów wody do picia!” - opowiada.
Wiele z jego filmów opowiadało o społeczeństwach; ich nietoleracji, różnicach klasowych, kulturowych i statusowych, Norman Jewison uwielbia człowieka ze wszystkimi jego słabościami, ale uwielbia go naprawiać, czasem dając receptę, czasem jedynie stawiając wielki wykrzyknik.
Na festiwalu ma status Gościa Honorowego i jako taki budzi wśród publiczności szacunek i zainteresowanie, będzie ono jeszcze długo przekształcać się w liczne pytania i prośby o autograf po spotkaniu. Wychodząc z Kinepolis odwróciłem się i zerknąłem na Normana Jewisona schodzącego po czerwonym dywanie do zaparkowanego pod schodami samochodu. Byłem jedyny, który odprowadził go do samochodu z wycelowanym w jego kierunku obiektywem.
‘Kto to był?’ – zapytało mnie dwóch pryszczatych młokosów, ‘Ktoś ważny?’, ‘Norman Jewison’ – odparłem. Widząc ich konstrnację wycedziłem kilka tytułów; i ten o skrzypku, i ten o sprawiedliwości dla wszystkich, i o Jezusie supergwieździe, ‘Myślałem, że to był Andrew Lloyd Webber?!’ – odparł jeden z nich nieśmiało. ‘Tak, ale On to wyreżyserował!’. Zaglądając im głęboko w oczy zrozumiałem, że z tą pasją pozostanę dziś osamotniony.
Piotr Wiśniewski
| Komentarze |
|







