
Preludium mżawkowe.
Pierwsze spotkanie z Irlandią- dosyć spontanicznie (nie)planowany, przedłużony weekend.
Na lotnisku i w samolocie do Dublina, lecąc nad przesłoniętym chmurami morzem (właściwie to morze przesłonięte morzem chmur) zastanawiam się jak będzie. Czy naprawdę tak zielono jak mówią? Czy ludzie tacy otwarci i czy Guiness faktycznie jedyny w swoim rodzaju..
Obok mnie, od strony okna, przyjaźnie wyglądająca pani czyta znajomo wyglądającą książkę. Kiedy częstuje mnie z rozbrajającym uśmiechem moimi ulubionymi żelkami Haribo, wiem, że to pierwszy dla mnie smak Irlandii. Pani czyta Pete'a Mccarthiego i zaczyna opowiadać o nim i o swoich spotkaniach z Irlandią. Okazuje się, że była już tu kilkukrotnie, za każdym razem odkrywając Dublin i okolice na nowo, że ani razu nie padało, a temperatura i serdeczność tubylców wprost równikowa, zupełnie jak w przewodnikach. Pani zasępia się na wieść ze nie mam zarezerwowanego noclegu i poleca hotel prowadzony przez Filipińczyków, podobno w samym centrum. Mile gawędząc zbliżamy się do celu. Chmury rozpraszają się i przez kilka niezapomnianych minut Dublin błyszczy pod nami i migocze w wodach zatoki. Prezent powitalny. Wszystko zaczyna się pięknie.
Po krótkiej odprawie na lotnisku (zauważam, bo ciężko byłoby na to nie wpaść, że oględnie rzecz ujmując nie jestem jedyną Polką w kolejce!) i pożyczeniu samochodu, czas na krótką lekcje ruchu prawostronnego. Z lotniska do centrum Dublina jest tylko kawałek i wszystko odbywa się mniej boleśnie niż mogłoby się wydawać. Od strzału udaje nam się dostać do miasta, zaparkować w okolicach Bride Street i Christ Church, czyli w sercu miasta, i zaraz…odetchnąć pełną piersią. A jest czym!
Pierwszym, co uderza w Dublinie jest zapach morza. Czuć go praktycznie wszędzie. Mając trochę szczęścia na powitanie może również morze przywitać nas krzykiem mew. Poezja miasta. Spacer, mocno nocny, wraz z ciągnącym zewsząd w kierunku dzielnicy Temple, kolorowym, czasem mocno podchmielonym tłumem. Kilkunastostopniowa temperatura nie przestrasza Irlandek odsłaniających ramiona, nogi, stopy, i to w dosyć nieskromnym wydaniu. Jesteśmy kolo Banku Narodowego, w powietrzu czuć mżawkę, zapachy wszechobecnych Fast foodów i unoszących się perfum. Niedaleko wejście do słynnego Trinity College, słynącego z wielkiej biblioteki mieszczącej średniowieczne skarby. Przed nami Temple- dzielnica plebsu, rozwijająca się dzięki przemyślanej (to przykład zachowywania historycznych budynków i ich gruntownej renowacji w celu zachowania charakteru miejsca i uniknięcia wyburzania) polityce miasta ściąga tu prawdziwy kolorowy tłum, co noc. Z mnożących się tu niczym grzyby po deszczu (!) knajpek i pubów słychać wszelkiego typu muzykę od techno po tradycyjny Irlandzki folk. Ludzie stoją na ulicy dyskutując, paląc, czasem tańcząc bądź przytupując do taktu. Słychać, a i jakże, język polski. Powiew rożnego typu dymu unosi się w powietrzu. Wnętrza zapraszają światłem i nieustającym ruchem. Nie jesteśmy chwilowo w nastroju na ‘fish and chips’ i kebaba wiec po prostu przysiadamy w jednej z małych hinduskich knajpek zamawiając kurczaka Tikka Masaala. Po Haribo, Irlandia smakuje też hinduskimi przyprawami, zawrót głowy.
Tej szalonej nocy z Temple i Dublina udajemy się przed siebie. Plan jest jasny: noc spędzimy w samochodzie. Długo kluczymy ulicami przedmieść Dublina dyskutując ‘otoczenie’: czy przyjazne czy nie bardzo. W końcu, gdzieś na ‘ograniczonym’ odludziu, udaje się znaleźć odpowiednie miejsce i w miękkich śpiworach udajemy się do snu. Deszcz uderza o szyby jak kołysanka.
AN
| Komentarze |
|








