
Miasto budzi się do życia z ludźmi wylęgającymi chmarą przed domy na poranny jogging. Starsze panie w tweedach pojawiają się prowadząc na linewkach psy. Deszczyk ciągłe daje o sobie znać. Ruszamy powoli na Zachód. Przez Kilendare, później na Południe ku pierwszemu zaimprowizowanemu przystankowi: Kilkenny. Miasto wita nas pięknym, wzniosłym widokiem zamku wznoszącego się na skale. Z dala, nam miastem górują wieże 2 opactw (Opactwo ‘Czarne’ i pod wezwaniem NMP).
Ruszamy do centrum, główną ulicą handlową- High Street. Jak z widokówek migają praktycznie na każdym kroku kolorowe drzwi bliźniaczych kamieniczek. Irlandia kusi kolorami. Przechodzimy ukwiecona ulicą koło Ratusza i najstarszej kamienicy - Rothe House (XV Iw,) gdzie mieści się małe muzeum historyczne i butik z pamiątkami. Kierujemy się ku opactwu pod wezwaniem Św Marii Panny, traktem mniej uczęszczanym. To małe cudo, postawna gotycka budowla, a w środku drewniane sklepienie, łuki i arkady jakby żłobiona pianka bitej śmietany. Kunsztowne i lekkie. Od sacrum do profanum, przechodzimy do pubu tuz naprzeciwko katedry celem spożycia, prawdziwego Irish breakfast i oczywiście ciemnego, zawiesistego Guinessa. Mniam, becon and eggs, kaszanka i tost. Nowe smaki. A do tego katedra widziana z naszej nowej perspektywy ma kolor...czerwony. Przez barwione witraże pubu. A tu o tej stosunkowo wczesnej godzinie (11) siedzą już stali bywalcy i, co zaskoczy nas nie raz, z różnych przedziałów wiekowych. Starsze panie w tweedach sączą piwo, panowie podobnież, oglądając rugby na szumiącym w tle ekranie. Prawdziwy pub jest miejscem wyjętym z czasu. Nie ma tu kategorii ludzi, nie ma lepszych i gorszych. Tu panuje najwspanialszy przykład równouprawnienia.
Kolejnym punktem na naszej drodze w Kilkenny jest słynna katedra St. Canice z wieżą obronno-orientacyjną wznoszących się w Kilkenny od XIII wieki. Docieramy do niej wąskim zaułkiem i schodami prowadzącymi z głównej ulicy. Wokół malowniczo rysują się celtyckie krzyże, niebo na tą okazję rozpogadza się. I tutaj, masywna bryła w środku zdaje się porywać do lotu w arkadach i szczególnie sklepieniach. Przecięcie transeptu i naw to prawdziwy labirynt.
Na pożegnanie z Kilkenny, rozpromienionym nieśmiałym słońcem, udajemy się na dziedziniec zamkowy. Prawdziwa zieleń trawnika przycinanego z pewnością ręką geometry uderza w oczy. Ciężkie niebo rozjaśniane słońcem wisi nisko nad zamczyskiem. To tutaj ponoć jeden z lordów został obudzony w dobie rewolucji republikańskiej przez swojego lokaja słowami: „Przepraszam Jego Lordowską Mość, ale irlandzcy republikanie właśnie zdobyli zamek”. Cóż za brak taktu!
Opuszczamy Kilkenny kierując się polnymi dróżkami wciąż na Zachód. Mały przystanek w Jerpoint Abbeby- jednym z cysterskich śladów bytności na wyspie, jak i innych, zniszczonym za rządów Henryka IV (znanego również z burzliwych historii miłosnych i kilku żon). Niebo znowu pochyliło się niżej i wylewa na nas niemiłosierne strugi deszczu. Dwie mokre postaci w ruinach. Panie z centrum informacji proponują nam wizytę z przewodnikiem. Dlaczego nie? Dodatkowo dostajemy parasolki. Ruszamy w przeszłość pachnącą ziołami herbarium i miodem pitnym. Prawie widzimy przed sobą dormitorium i śpiących na słomiankach mnichów, którzy popijali miód właśnie na rozgrzanie. Opactwo było kiedyś wcale niemałym miastem z własnym młynem, polami, ogródkami warzywnymi. Dawało zarobić okolicznym chłopom, którzy bez niego nie byli by w stanie przetrwać. Nasza przewodnik- Annie rozbrajająco opowiada o krużgankach i rzeźbionych płytach arkad, można tu zobaczyć najprzeróżniejsze cuda: Pół smoki, Pół satyry, pegazy, żółwie i postaci ludzie. Do tego oczywiście każdy może stworzyć swoją historię.
Kolejnym przystankiem po Jerpoint jest Cahir, kamienny moloch architektury obronnej Średniowiecza. Dzień chyli się ku końcowi, a kalejdoskop irlandzkich chmur na chwile zatrzymuje się w konfiguracji: niebieskie. Park wokół zamku rozświetla się w kolorze fosforyzującej zieleni. Wieże z ‘meurtriere’- otworami strzelniczymi, wznoszą się dumnie. Nie dziwi już, że zamek, jako jeden z niewielu w całości zachowanych w Irlandii, obrali sobie „na muszkę” filmowcy: gościł tu np. Stanley Kubrick i Mel Gibson. Ten ostatni stojąc po drugiej stronie kamery, podczas zdjęć do „Breveheart”.
Z Cahir ruszamy do tymczasowego celu: Cashel. To miasto znane głównie z zamku obronnego i kaplicy późnoromańskiej, która zapoczątkowała styl romański w Irlandii. Oprócz tego kwitnie to tradycyjny folklor romański w Centrum im. Briana Boru- króla Irlandzkiego, który tutaj się koronował. W Cashel, w zaimprowizowanym na prędce noclegu czeka nas kolejna niespodzianka: odnowiona farma, w której rezerwujemy nocleg stoi pośród pól- naprzeciw wzgórza zamkowego i… naprzeciw ruin opactwa cysterskiego. Zapada noc. Ruiny majaczą tuż za szybą. Wisi nad nimi blady księżyc- zupełnie wampirycznie. Mnisi, gdyby mogli nagle się tu pojawić, mieliby za co przychodzić mścić się na tragiczne losy zgotowane im przez protestancką Anglię. Medytuję te kamienie rozrzucone w polu i ich smutną historię. Całe porośnięte trawa i chwastami. Od herbarium do chwastów…Za oknami, dla odmiany zaczyna się ulewa. Dach fermy dudni kroplami. Czas spać.
AN
| Komentarze |
|








