EmStacja - Polski przystanek w Belgii

Tuesday
Feb 07th
Text size
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Home BLOGI Pod(różny) Dzień 2. Irlandia górzysta

Dzień 2. Irlandia górzysta

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Nowy dzień wita nas nieco mniej mrocznymi ruinami opactwa i zamku. Ścieżką od strony pól zdobywamy wysoki zamek. Wraz z małą grupa turystów zwiedzamy zamczysko, które jak się dowiadujemy, było kością niezgody na przestrzeni wieków.  Wspaniała kaplica romańska Cormac's Chapel (od imienia króla- pomysłodawcy) z zupełnie nowoczesnym (w estetycznym odbiorze) sarkofagiem i rzeźbami nastraja medytacyjnie. Wokół katedry i wieży obronnej rozciąga się cmentarz. Podobno na początku wieku miasto sporządziło spis wszystkich żyjących rdzennych mieszkańców miasta i ci którzy zapisali się na listę będą mogli być pochowani na wzgórzu. Przywilej zarezerwowany dla nielicznych. Niebo nad Cashel dzisiaj zaskakująco niebieskie, nagroda po wczorajszych intemperiach.

Ruszamy w dalsza drogę przez samo centrum kraju i region Killarney. Drogi są tu czasem tak wąskie, że natrafiwszy na samochód jadący z przeciwka trzeba naprawdę uważać przy wymijaniu go. Na horyzoncie majaczą szare góry. Przy jednej z większych dróg, zaparkowane jeden przy drugim, szereg wozów kampingowych. Turyści przy głównej drodze? Zastanawiam się czy to nie  irlandzcy nomadzi, którzy żyją wciąż na sposób „wędrowny”, jak ich przodkowie. Jest ich dziś w Irlandii ok. 12 000 i rząd ponoć usilnie starać się nad nimi czuwać. Ten niekonwencjonalny tryb życia przeszkadza w skonwencjonalizowanym świecie...

Po kilku godzinach drogi docieramy do okolic Killarney- to górzysty teren Parku Narodowego, w okolicach którego (na terenie Ring of Kerry) znajduje się mityczna, najwyższa góra Irlandii Carrantuohill (1041m). Niestety zaczepieni przygodnie tubylcy odradzają podejście bez specjalnego przygotowania, kompasu, prowiantu i dobrych butów. To góra-wyzwanie. Postanawiamy zadowolić się wyprawą w nieznane wokół jezior Parku. Ruszając przed siebie trafiamy na wiejskie drogi porośnięte z obu stron wysokimi żywopłotami. Na jednej z nich kusi szyld młyna tekstylnego. W tym królestwie wełnianych swetrów płaszczy i apaszek króluje jego właściciel z czworonożnym strażnikiem domowego ogniska i handlu: psem labradorem. Szybko zaprzyjaźniam się z oboma. Sam młyn stoi na granicy parku, wokół nie ma żadnych zabudowań, sceneria bajkowa. Pan od swetrów doradza w które miejsce parku się wybrać i co zobaczyć. Mówi że uwielbia Polaków (twierdzi ze to zastrzyk świeżej krwi) i że zna Belgię. Ponoć podróżuje sporo i co wakacje korzysta z ‘house swapping’ systemu pozwalającego na wakacyjną wymianę domów. Najchętniej wybiera francuską Prowansję.. No cóż, poniekąd to logiczny wybór, tym łatwiej go zrozumieć, że za oknem znowu siąpi. Niezrażeni, ruszamy w kierunku Danloe Gap - doliny Tomies Mountaines. W Parku narodowym Killarney.
Gap jak sama nazwa wskazuje jest rozpadliną. Zostawiwszy auto na parkingu, wędrujemy wąską drogę w górę. Szare zbocza zdaje się spadać na głowę, w wyższych partiach gór widać kamienne piargi. Jedynym jasnym akcentem rozświetlającym tą scenerie są pasące się to tu to tam owce znaczone przez właścicieli kolorami. – Owce w Irlandii powinny być malowane na rudo nie?- śmiejemy się, bo owce są iście francuskie, jedne z czerwonym znakiem na pupie, inne z niebieskim, niektóre wręcz niebiesko-biało-czerwone. Droga wspina się i meandruje. Czasem znajdujemy się jak w scenie z horroru otoczeni jedynie skałami i owcami. Te ostatnie niczym cudem ocalałe z miejsca zbrodni lub kaźni, z czerwonymi zaciekami farby na futrze. Dość daleko niosą nas nogi przed siebie. Od czasu do czasu droga przecina górski strumień, czasem rozlewający się w jeziorka porośnięte tatarakiem. Pewnie mamy za sobą z dobrych 6km, kiedy dociera do nas, że właściwie należałoby wracać, gdyż „plan improwizowany” zakładał dalsza drogę w kierunku morza (za wskazaniami pana od swetrów i przewodnika). W tym momencie pojawia się na drodze stary ‘pick up’ a my jak tknięci bezwarunkowym refleksem Pawłowa machamy ręką. Auto zatrzymuje się i wsiadamy. Gawędzimy z „naturalizowanym” Irlandczykiem przybyłym ze Stanów, który wydaje się być trochę gburem.
Jak rozweselić gburowatego Irlandczyka? Np mówiąc: - widzi pan, zawsze to o dwóch turystów mniej na drodze torującej pana przejazd” Gbur śmieje się i do końca drogi rozmawiamy w bardziej przyjemnej atmosferze.

Dotarłszy do auta, ruszamy najkrótszą droga prowadzącą na półwysep Dingle, podobno jedno z najdzikszych i najpiękniejszych miejsc Zielonej Wyspy. Za radą, zatrzymujemy się na plaży Inch, 5 km długości pięknej piaszczystej uwerturze półwyspu, z której widać brzeg oddalony o jakieś kilkanaście kilometrów. Ledwie udaje nam się postawić stopę (suchą) na suchym brzegu, staje się on mokry i to w oszałamiającym tempie. Z nieba znowu leją się potoki deszczu. Jeszcze chwilę temu szalejący na plaży ludzie z latawcami i innymi akcesoriami znikają, zostaję tylko ja i mój aparat. Nie bez powodu! Od strony półwyspu wychodzi zza chmur słońce i przejaśnia ścianę lecącej potokami z nieba wody. To moment zupełnie magiczny, moja kurtka i spodnie są jednak mokre zupełnie na serio. Uciekam do autka. Oddalając się w głąb półwyspu za nami na niebie maluje się wielka, wyrazista tęcza. Prezent powitalny, tym razem od Dingle.”Somwhere over the rainbow”...
Zmierzamy drogą przy nadbrzeżu w kierunku stolicy półwyspu - miasta portowego Dingle. Droga raczej nie wieje nudą: raz suniemy pośród różnokolorowych kwadratów pól, raz wspinamy się wysoko na pagórki i oglądamy mijane pola z lotu ptaka. Podroż przez Dingle jest jak podroż w czasie, aż trudno uwierzyć z jaką łatwością zmienia się tutaj pejzaż. Docieramy do Dingle. W tym małym miasteczku, już na pierwszy rzut oka króluje port, a także sklepy z wszelkiego typu wyrobami z wełny. Zmierzamy do rezerwowanego naprędce schroniska młodzieżowego. Przyjmuje nas przemiły, dobry duch tego przybytku Austriak, który z wyboru uciekł z austriackich gór…. W góry Killarney. Uprawia wspinaczkę w pobliskiej szkółce i….ćwiczy jogę jak to mamy okazję „naocznie” zobaczyć. Powitanie słońca i głęboki skłon do kolan to  w wykonaniu naszego gospodarza prawdziwy majstersztyk, który nastraja nas pozytywną energią przed wyjściem do miasta. Wieczór zapowiada się zdecydowanie dobrze.

Kilka okolicznych pubów kusi z daleka koncertami. Zasiadamy (bo to właściwe słowo w odniesieniu do wielkich skórzanych kanap) w jednym z pubów przy głównej ulicy, gdzie zapowiadane są irlandzkie ballady w wykonaniu barda z Gallway. Istotnie ballady są iście romantyczne, nastrój w pubie jest melancholijny i medytacyjny. Podobnie jak wcześniej, przekrój wieku i „profile” są przeróżne. Obok nas 3 pokoleniowa rodzina zamawia (sama nie wiem czy częściej wnuki, rodzice czy dziadkowie) jedną whisky za drugą. Słowa płyną  nieprzerwanie jak Guiness. Chciałoby się zanucić do akompaniamentu gitary razem z otaczającymi nas słuchaczami. Koncert powoli dobiega końca. Puby zamyka się tutaj dosyć wcześnie- ok. 24. Nasz grajek anonsuje ostatni utwór.. Hymn Irlandzki! Nagle, patriotyczny wicher, wszyscy wstają do hymnu i cały pub jednym głosem odśpiewuje pierwszą zwrotkę i refren hymnu (prawie cały pub gwoli uściślenia, oprócz dwóch lub trzech turystów:) ) . To niesamowite widzieć ludzi, jeszcze chwile temu zadumanych, teraz z błyskiem w oku, powaga i energia. To zakończenie wieczoru jest elektryzujące. Przechodzimy ulicami Dingle, pustymi o tej porze roku. Rybarnie patrzą na nas pustymi oknami bez światłem, tylko port świeci w ciemnościach. Z daleko słychać uderzające, grzmiące fale. Przypatrujemy się z bliska kutrom i większym statkom transportowym, na których, mimo późnej pory, czasem ktoś jeszcze 'majstruje'. Niektóre z nich niebawem wypłyną w nocne morze, ciemna przestrzeń, zlewająca się z bezgwiezdnym, chmurnym niebem. Rejs po morzu-niebie. Marynarze i rybacy. W powietrzu pachnie morzem. Dobranoc Dingle!

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch:
:(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo::huh::whistle:;):s
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."