EmStacja - Polski przystanek w Belgii

Tuesday
Feb 07th
Text size
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Home BLOGI Pod(różny) Dzień 3: Irlandia święta i dzika

Dzień 3: Irlandia święta i dzika

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Dzień wita słońcem i wiatrem. Dingle to domena wiatrów. Ruszamy przed siebie wzdłuż półwyspu, słynna Slea Head Drive. Półwysep obfituje w „przystanki” szczególnie historyczne, pamiątki z początków naszej ery. Na długości całej trasy łatwo napotkać wycieczki obwożone autobusami przez touroperatorów. Uroki turystyki zorganizowanej. W odległości kilku km od Dingle  przystajemy, żeby zwiedzić prehistoryczny fort.

Budowla, która istnieje dziś już tylko częściowo, pochłonięta przez podmywające klify morze, jest imponująca. Stworzona z samych kamieni, służyła zarówno celom obronnym jak i mieszkalnym i gospodarskim. Teraz wydaje się zupełnie nierealna, wciśnięta między dwa pastwiska „strzeżone” przez sennego border collie i parę osłów. Droga wije się dalej na Północ półwyspu, oferując niesamowite widoki na piaszczyste plaże, położone tuż obok zielone pastwiska odgradzane kamiennymi murami. Dojeżdżając do Slea Head natrafiamy na „zaganianie” bydła. Znaczone różnokolorowe „rewolucyjne” owce tłoczą się na wąskich dróżkach w drodze na pastwisko. Slea Head to najbardziej wysunięta na Zachód część Dingle. Wychodząc z parkingu pod stare bunkry na zielone „plateau”, rozciąga się przed nami piękny widok na wyspy Blasket. Zdają się być na wyciągnięcie ręki.

Dalej, jadąc w kierunku wschodnim tym razem przystajemy w słynnym Gallarus. Mieści się tutaj kaplica z IV wieku naszej ery. Swoim kształtem przypomina łódź obróconą do góry dnem i podobnie jak zabudowania fortów została zbudowana bez użycia zaprawy, jedynie „żywy kamień”. Zagubiona wśród pól wydaje się również przeżytkiem w świecie wszystkich krążących nieubłaganie wokół autokarów. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na refleksje, zastępuje je blask flasha, odpalany motor, autokar zmierza ku kolejnym atrakcjom. 
Dingle jest stosunkowo i tak mniej turystycznie uczęszczanym regionem w Irlandii. Czasem jednak przejawy masowych pielgrzymek jedynie po to żeby „zaliczyć” są szczególnie uciążliwe. Tak jest właśnie tutaj..
Decydujemy się na podroż w rejon zupełnie odludny. Tutaj Dingle wyrasta i wpada górami o wysokości 1300 m prosto do morza. Krajobraz nizinny i górzysty przeplatają się na zmianę. Dojeżdżamy zupełnie opustoszałymi drogami pod punkt wypadowy na Górę Św. Briana, legendarnego świętego, który wyruszył z misja przez Atlantyk (niedaleko mieści się Brian's Creek, czyli rzeka z której prądem Brian pomknąć do Oceanu…).

Góra Świętego Briana jest druga co do wielkości w Irlandii. Dziś stoi cala we mgle, a raczej zasnuwających jej szczyt chmurach. Potężna i niedostępna. Droga, którą pniemy się z wolna w górę, przemierzali kiedyś pielgrzymi. Miejscami można ponoć odnaleźć kamienie starte przez ich stopy na przestrzeni wieków. To miejsce odosobnienia, to nie ulega wątpliwości, szczególnie w trochę już deszczowy dzień jak dziś. Tylko kamienne stożki wznoszone przez ludzi w celu oznaczenia drogi oraz pojawiające się gdzieniegdzie wysokopienne owce odżywiające krajobraz. Kamienne murki raz po raz spadają w skaliste wąwozy, raz przecinają zielone połacie. Chmury schodzą coraz niżej, ponad nami powoli wylania się w całej okazałości równina, a także niebieska połać- to morze. Tu kiedyś drewniane łodzie dopływały z nocnymi łupami do Dingle i okolicznych przysiółków. Dziś w dole widać tylko niebieską toń, nad nią szare, coraz ciężej zawieszone niebo. Dochodzimy do siodła położonego gdzieś na 3/4 wysokości i dosłownie zapadamy się w mleko. Jesteśmy na poziomie chmur, które pokrywają górę w całości. Nagle słychać glosy. Dopiero z odległości kilku metrów, rozpoznajemy kontury postaci. Grupka 5 chłopców w wieku szkolnym schodzi ze świeżo zdobytego szczytu. Ociekający wodą z chmur, zmarznięci, lecz szczęśliwi. Nie zachęcają nas do wędrówki. Na górze wieje przeraźliwy wiatr a część podejścia jest bardzo stroma, i przy pogodzie takiej jak dzisiejsza, śliska.

Podchodzimy jeszcze kilkaset metrów wyżej, sytuacja faktycznie nie wygląda najlepiej. Decydujemy się na zejście. Wieje mocny i przeraźliwie zimny wiatr, nagle gorąca herbata staje się najbardziej upragnioną z rzeczy. Zejście zajmuje nam ładnych 40 min. Ścieżka zamienia się powoli w błoto, co dodatkowo utrudnia marsz. Powoli zbliżamy się do furtki, którą przekroczyliśmy wchodząc na ścieżkę i która ma za zadanie odgrodzić owce pasące się na halach od biegnącej nieopodal drogi.
Ku naszemu zdziwieniu, nie zrażony zapadającym zmrokiem, wiatrem i deszczem, mija nas jegomość w dosyć już podeszłym wieku, w czarnym kapeluszu na głowie z towarzyszącym mu u boku…. Małym Yorkiem (z kokardką nad „czołem”). Nieco surrealistycznie, na tle ogromnej góry przesłoniętej w połowie chmurami, pan wspina się na długich, szczudłowatych nogach, a York tupta za nim z wysiłkiem, ale niesamowitą werwą. Docieramy do auta, powoli odtajemy. Niestety już czas rozstać się z Dingle. Musimy pożegnać te polne drogi i morską bryzę. Za nami zostaje góra Briana. Oddalając się obieramy kurs na drogę wiodącą przez najwyżej położoną przełęcz w Irlandii- Conor Pass. Droga która pokonuje małe autko to prawdziwa serpentyna rzucona finezyjnie na turnie. Z jednej strony przełęczy góry są jeszcze zielone, zieleń zdaje się być spotęgowana ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Po drugiej zaś tyle zimny kamień, powoli zapada zmrok. To również ostatni wieczór w Irlandii. Droga prowadząca z Dingle prze Limerick udajemy się powrotem do Dublina. Wykonawszy zaimprowizowany ‘emergency call’ do jednego ze schronisk młodzieżowych mamy już obrany cel dzisiejszego wieczoru. Docieramy do Dublina około 1 w nocy.

Nasze schronisko mieści się na ulicy Muzeum i domu Joyce’a. Dublin po raz kolejny wita nas zapachem morza i krzykami mew. O 1 w nocy, na stromo opadającej ku rzece ulicy, „obsianej” z obu stron niskimi domkami, można by pomylić się i poczuć jak w San Francisco. Głosy mew kołyszą do snu Dublin, może oprócz Temple, gdzie ciągle jeszcze puby tętnią życiem, a uliczni grajkowie wygrywają swoje melodie. 

AN

 

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch:
:(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo::huh::whistle:;):s
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."