Ostatni dzień Irlandia Dublin płacze rzewnymi łzami. Deszcz tłumi nawet krzyki mew, które pewnie czekają gdzieś na lepsze czasy zaszyte pod sklepieniami dachów.
To ostatnie godziny na zielonej i mokrej wyspie. Ruszamy na Północ w kierunku Malahide, jednego z najstarszych zamków Irlandii należących do starego francuskiego rodu przybyłego do Irlandii w Średniowieczu. Zamczysko szczyci się pięknym wyposażeniem (min. obraz Madonny rodem z Brugii i drewniane rzeźbione krzesła); a także… biała dama pojawiająca się, gdy losy zamku idą w złą stronę. ‘W takim razie powinniśmy mieć tutaj ta zjawę, na co dzień’- myślę. Niestety restauracja zamku, szczególnie z zewnątrz, pozostawia wiele do życzenia: wielkie srebrne rury niczym Z Centre Pompidou sterczą nad dachem średniowiecznej budowli, a plastikowy Velux wprawiony w fasadę, dosłownie ‘straszy’. Widmo Veluxu. Wnętrze faktycznie prezentuje się lepiej: szczególnie pokój dziecięcy wypełniony zabawkami z ‘epoki’, a także sala bankietowa, w której dziś urzędują głównie bogaci biznesmeni. Zwiedzanie zamku ma w sobie jeszcze jeden aspekt ‘duchowy’: komentarz do poszczególnych sal nie jest wygłaszany przez ‘żywego’ przewodnika, lecz rozlega się z ukrytych głośników. Wielki brat zamku ma turystów na oku i peroruje patrząc z góry…
Trochę smutne wrażanie robi Malahaide szczególnie w ulewnym deszczu. Piękny otaczający zamek park zdaje się być nieco zapuszczony. Morze, które jest o ‘rzut’ kamieniem pieni się, syczy i burzy. Jakiś związek z polityką restauracyjną zamku? Jeszcze dane nam ostatnie Irlandzkie śniadanie i ruszamy w drogę powrotna. Samolot startuje, ostatnie spojrzenie na wyspę. Dublin żegna mokrym połyskiem i zapachem kawy samolotowej. Wciąż mam w ustach smak irlandzkiego bekonu, a w głowie zieleń, zieleń, zieleń…
AN
| Komentarze |
|








