W niedzielę znów spacer z małżonką. Weszło nam w zwyczaj najwyraźniej. Przechadzamy się wolnym krokiem po niezliczonych metrach kwadratowych targów budowniczych, tak je roboczo nazwijmy, Batibouw. Uważny szperacz znajdzie zdjęcia z tej naszej przechadzki na stronie emstacji. Coś tam skrobnąłem o samych targach na stronie, więc nie będę się powtarzał, choć specjalnie dla miłośników mojego bloga i samego Piotra, sąsiada, który o mały włos by się tam także nie znalazł, uchylę rąbka dziennikarskiej tajemnicy na światło dzienne wyciągając całą tę naszą podróż po świecie najnowszych trendów współczesnego budowania i przyozdabiania.
Najbardziej zachwyciły mnie kafle. Takie ogromne, klejone na ścianę. Kolorystyka trochę może zbyt pod zblazowanego zamożniaka, w szarościach i najdalej beżach, ale faktura przyjemna. Na zdjęciach widać Zosię, która dotyka tych kafli. Bardzo ładnie to, moim zdaniem, wygląda, i Zosia i kafle. Jeden z boksów wzbudził mój szczególny entuzjazm. Wszedłem i zobaczyłem na ścianie kafle, które bez specjalnego wysiłku można by uznać za produkt abstrakcyjnego artysty. Wyeksponowane na ścianie, w odpowiednim świetle, trochę ze sobą kontrastując, trochę się uzupełniając wyglądały jakby wyciągnięte z, w tych samych wnętrzach się odbywającej wystawy Art Brussels. Bywam, więc wiem co mówię (tu pozwalam sobie na taki szelmowski uśmieszek, który się mi zdarza od czasu do czasu kiedy pisuję, tego bloga też).
Poza tym z dziką przyjemnością gapiłem się na gościa prowadzącego grę. To było coś jak koło fortuny. Facet kręcił, zatrzymywał na jakimś obrazku, powiedzmy krześle, i potem dawał do łapy dwóm graczom katalog, żeby wypisali, na czas chyba, wszystkie meble z tego gatunku. Były nagrody. Gawiedź otaczała widowisko w wielkim skupieniu obserwując poczynania graczy. Zośka mnie odciągnęła, niestety, a ja chciałem jeszcze podziwiać facjatę tego mistrza ceremonii, który głos miał jak zawodowy wodzirej natomiast twarz jakby z innej zabawy, pokera na przykład. Mężczyzna ten wydawał się być nieobecny jakąś swoją częścią. Gadał i machał rękami. Oczy spuszczone.
Długo by opowiadać o fantastycznych prysznicach, basenach czy kominkach. Wszystko to było przepiękne, pobudzające fantazję i, dla nas, bezcenne.
Przemierzyliśmy te targi bez planu, na czuja, zerkając od czasu do czasu na umieszczone w niemiejscach pomiędzy jednym a drugim pawilonem orientacyjne mapki orientujące nas na kuchnie czy łazienki czy meble.
Polecam niedzielne spacery. Tak się rozochociliśmy, że pewnie będziemy na następnych targach, jakich by Expo nie serwowało.
Kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym padaniem.
| Komentarze |
|








