Było więc własnoręcznie – tzn. rękoma mojej żony i jej niezawodnych sióstr, które wspólnie wspięły się na wyżyny kucharskiego kunsztu. Była wielkanocna baba, mazurki, królewski tort. Był też żur i barszcz. Agnieszka przygotowała też dla naszego Kamila grudę mięcha woniejącą czosnkiem. Ci, którzy martwym zwierzęciem nie pogardzą mówili, że gruda, choć przypominała ludzką głowę, w smaku była znakomita. Zapomniałem jeszcze wspomnieć, że jedliśmy również danie serowe przecudnej urody kulinarnej – paschę.
Tyle pochwał. Jedliśmy to z wielką radością, choć stosunkowo umiarkowanie, bez tradycyjnego obżarstwa.
Zanim te święta nadeszły - Wielki Tydzień. Ów tydzień fascynuje mnie siłą zatrzymania w czasie. Jest niezwykły, bo poprzez pewną historię, która miała miejsce dawno temu, my, różnie religijni, zatrzymujemy się by pochylić nad własnym sumieniem. Wymusza to pewien dawno zapomniany kontekst, którego obecność odczuwa się przez bodźce w rodzaju bicia dzwonów czy przemykających po ulicach zakonnic tudzież księży wiodących za sobą garstkę skupionych na modlitwie pielgrzymów. O ile rzecz jest trochę niejasna, z czego zdaję sobie sprawę, o tyle dla mnie mocno odczuwalna. Fakt, to mój bardziej, bądź co bądź katolicki wymiar. Rozmawiam ze słabo lub niewierzącymi. Ich tez coś szczególnego dotyka, może nie religijnego w zwykłym sensie, jednak nie całkiem codziennego.
Dobra, tyle wynurzeń. Dochodzimy w końcu do Wielkiego Piątku. I mamy paschalną kolację, zwyczaj który mi przypadł bardzo do gustu, i który od kilku lat forsuję w rodzinie. I tym razem się udało. Byliśmy jak ci starotestamentowi Żydzi, którzy tuż przed wyjściem z Egiptu spożyli gorzkie zioła i mace. W pośpiechu. Zamiast ziół była herbata i barszcz. Do jedzenia chleb pieczony w domu i trochę sera.
| Komentarze |
|
Powered by !JoomlaComment 3.26








