A Belgowie różnie. Naród młody to i nie ma jakichś własnych zaszłości więc zapożycza. Twórczo oczywiście. Rok temu pojechałem na uroczystość zaślubin do przyjaciół mojej żony. I było to wydarzenie pouczające. Najpierw dekoracje. Otóż akt zaprzysiężenia miał miejsce w półokręgu. który tworzyły wielkie szpule, takie na które nawija się tysiące metrów grubego kabla. Szpule te, poustawiane jedna na drugiej w odległości kilku metrów od siebie, tworzyły prawdziwe Stonehenge. Wewnątrz zgromadziło się około 150 osób, obserwatorów ceremonii. Maestro uroczystości nie był rzecz jasna żadnym duchownym. Dla odmiany mieliśmy przyjemność obserwować faceta na oko pochodzenia marokańskiego, w kurteczce i dżinsach, który improwizując jakby przemówienie budował, trzeba przyznać umiejętnie, atmosferę uroczystą i pełna napięcia. Było spontaniczne ale przemyślane. Bardzo ładnie wytłumaczona symbolika ognia, następnie wody. Parę słów o ziemi, kosmosie itp. Tenże sam osobnik po dłuższej przemowie, w której pełno było o Państwie Młodym itp. podłożył ogień pod przygotowany uprzednio stosik drewna. Kiedy się zajęło zrozumieliśmy, że jakąś część imprezy mamy już za sobą. Teraz naszą uwagę zajęli rodzice. Nie pamiętam kolejności, w każdym razie i jedni i drudzy przejęli publiczność długim i szczerym spiczem przerywanym od czasu do czasu elementami wokalnymi. Nieziemskie. W życiu żaden nawet trzeźwy Polak nie pomyślałby że jego ojciec może mu publicznie zadedykować pieśń, którą następnie sam wyśpiewa. Nie wspomnę już o pełnych szarości detalach ze wspólnego pożycia i bogato zdobionych, pięknych, miłosnych wyznaniach. Ta część trwała jakieś 40 minut. Potem wystąpili przyjaciele Państwa Młodego z pieśnią. Popielni życzenia i atrakcje. Ponieważ Młodzi przebywali dłuższy czas w Gwatemali, przywieźli stamtąd zwyczaj puszczania balonów. W niebo poszybowały prawdziwe podsycane ogniem dzieła sztuki. Kilkanaście co najmniej sztuk pofrunęło objuczone życzeniami Młodych i gości. Gapiliśmy się na te balony i cieszyli jak dzieci. Całe towarzystwo. I to był koniec ceremonii.
Potem garden party, przed wejściem do zamczyska, w którym mieliśmy spożyć ekscytujące potrawy. Podniecające tym bardziej, że byliśmy już piekielnie głodni. Party było z winem i szampanem. Popijając mogliśmy się zabawiać grając w gry. Była gra w kulki i takie dechy, na których staje po kilka osób by razem próbować w miarę składnie, bez ofiar, się poruszać do przodu albo do tyłu, i warcaby i inne, których nie pomnę. Ojciec panny młodej przechadzał się pośród gawiedzi w słomkowym kapeluszu i było jak z Czechowa, tylko inaczej.
Wróciłem stamtąd trochę głodny, bo garden party trwało i trwało a paluszki wyszły dawno. Ci jednak, tak jak moja żona, którzy doczekali się otwarcia zamkowych wrót, chwalili kuchnię i świetną zabawę. I tańce były też.
| Komentarze |
|
Powered by !JoomlaComment 3.26








