
Po wakacjach. Dla całej rzeszy nie wypalonych poszukiwaczy to banał, ba, anachronizm. Tych lubimy. Poszukiwacze są wśród nas. Nie pochwyceni w sidła korporacyjnych tudzież medialnych guru, którzy co rana ogłaszają wszem i wobec, znaczy nam, społeczeństwu, że to już koniec albo że, dla odmiany, początek. Piotr, który zaciera już dłonie i szykuje kremy o wysokim filtrze, by popijać jasne w tropikach wywołał, nieświadomie być może, temat głęboki jak sama wieczorna nad nim zaduma. Popadając w leniwą przesadę o niefrasobliwym pseudo filozoficznym charakterze powiem, iż widzę tę naszą mieszczańską codzienność w stanie przejściowym.
O kartkach z wakacji osobiście nie pamiętam, ale dostawać lubię. Oddalam się wówczas na ułamki sekund w te miejsca, w których bliscy mi i dalsi znajomi upajają się tą odrobiną mieszczańskiego luksusu, jakim jest bezmyślny wypoczynek. Stan permanentnego oderwania od rzeczywistości, z którym oni mają do czynienia, a ja tylko przez ułamek chwili, na moment wytwarza tę mało uchwytną wspólnotę ogólnoludzkiego nie myślenia o codziennie trapiących nas udrękach. Oni wracają, ja wyjeżdżam, kartek nie wysyłam, i ci moi nieszczęśni przyjaciele tudzież znajomi, muszą walczyć z wszechogarniającą prozą, z braku lepszych punktów odniesienia.
Nie jest to jednak rozprawa na rzecz produkcji kartek z wakacji zaprojektowana i opłacona przez wyrafinowanych speców od pocztowego marketingu. Mówiąc o tym subiektywnym momencie jedności z wakacjuszami (lub jego braku), chcę opisać stan naszej codzienności – niezbyt stabilny. Mijając się tak, oni tu, ja tam i na odwrót, stwarzamy sobie to niesamowite, godne pozazdroszczenia wrażenie ruchu. Ruch nas wzmacnia. W bezruchu zarastamy. Brudem. Dzień nas przytłoczy jeśli nie zostanie przerwany spacerem. Można również wziąć pod uwagę spacer wewnętrzny, jakąś formę działania, ot, choćby wykonanie kilku telefonów. Już lepiej, kiedy ma się to incydentalne, wyjątkowe poczucie przemieszczania się w czasoprzestrzeni, nawet jeśli się utknęło gdzieś na pewien czas.
Wracając do wątku pisania o podróży, za radą Piotra, sięgnąłem do literatury. Zamiast o podróżowaniu przeczytałem o ubieraniu się (U. Eco, Semiologia życia codziennego). Nie trzeba geniusza ani nawet wyszczekanego erudyty, żeby dwa te zjawiska w całość prostą połączyć (Eco pisał o noszeniu dżinsów, ich przyleganiu, uciskaniu stref i wpływie jaki to ma na nasze postrzeganie rzeczywistości). I tak – na wakacjach nosimy się inaczej. Zwalniają nas one od codziennego uważania na plamska czy obyczajność. Ot, odziewamy się wakacyjnie, czasem pięknie, czasem zwyczajnie. Bez presji jednak. Mieszczańskie ubieranie się grzęźnie w konwenansach. Jak mam wolne, mogę założyć obcisły trykot. To znów daje mi wstęp na dyskotekę pełną przepięknej młodzieży. O ile mój brzuch nie jest zbyt wydatny, w świetle stroboskopów będę uchodził za nieco starszego kolegę. Jeśli jednak i półmrok brzuszyska ukryć nie zdoła, pozostaje leżaczek, plaża, spacery w szortach. Tak czy owak luz. Poruszamy się inaczej obleczeni w te letnie, nie namolne, ekstrawaganckie czasem ciuszki.
A po wakacjach wbici w uniformy lecimy na łeb do roboty. A nic podobnego. Dziś wszyscyśmy wrzucili na luz. No, pewna z nas część. Koniec z drobnomieszczańską poprawnością. W społeczeństwie wytworzyła się grupa osobników, którzy, nie będąc jakoś szczególnie anarchistycznie nastawionymi, cenią sobie ten mały element swobody. Nie zgadzają się oni na opis rzeczywistości zawierający nieznaczną ilość elementów przyjemnych, a jedynie ledwie uchwytne momenty wolności, po których przychodzą całe godziny umartwień ciała. Noszą się oni lekko, kolorowo bądź nie. Mają charakterystyczną cechę - rozpoznać ich można, oprócz nonszalanckich ciuchów, po specyficznym poczuciu humoru, które, całkiem ogólnie, zakłada naturalny dystans do rzeczywistości. Pracują dla przyjemności bądź nie, mając jednak, konsekwentnie, na uwadze, siebie. Stąd już kroczek do przełamania ogólnie panującego nam wakacyjnego kalendarzyka, na rzecz swobodnych wyskoków (także w bok, co jest zjawiskiem jakby odmiennym ale związanym).
Maciej Hilarowicz
| Komentarze |
|








