W pewnej poczytnej gazecie wypowiadano się juz na temat : co wejście Polski do Unii europejskiej zmieniło w Twoim życiu. Z powodów technicznych wypowiedzieć się nie mogłem. Czynie to więc niniejszym z tym większą radością, ponieważ czuję się tu, na tych przyjaznych łamach, zdecydowanie bardziej u siebie. Europa witała nas dumnych z Łucji. Wtedy, 1 maja 2004 roku, jeszcze nie wiedzieliśmy, że to właśnie Łucję powitamy.
Miała się pojawić mała dziewczynka ze śmiesznym maleńkim noskiem. Zanim jednak pojawiła się na świecie 2 maja nad ranem, spacerowaliśmy sobie z małżonką leniwie po parku Cinquantenaire i cieszyliśmy się, że i Polska i cała reszta w tej ekskluzywnej Unii zamożnych i dobrze rządzonych państw w końcu się znajdzie. Jako świeżo wtedy upieczony emigrant nie byłem pewien, czy ten kraj, który zostawiłem parę miesięcy wcześniej da sobie rade z taką presją. Mieliśmy wtedy, jak zwykle, kilka gorących sporów, no i raczej brak ogłady na salonach, a opinię bynajmniej nie prymusów rozwoju. Powiem szczerze, wydawało mi się, że Polska została przyjęta do Unii na wyrost, na zaufanie. Tym bardziej, więc drżałem, ale i trochę było mi dobrze. Nagle, nie ruszając się z miejsca, z obywatela wschodniego kraju stałem się obywatelem Unii, nawet prawo jazdy było ważne. Emigracja przestała mi się wydawać taka straszna. Był to, rzecz jasna, stan przejściowy.
Kiedy wreszcie zobaczyliśmy nosek Łucji, Polska była już w Unii. Ponad dobę. We trójkę, obywatele rzymscy, patrzyliśmy na świat z ostatniego, 20 bodaj, piętra kliniki świętego Łukasza w Brukseli. Opieka była świetna, dzidziuś był zdrów jak rybka, Zosia, moja żona też. Zaczęło się nasze życie.
Maciej Hilarowicz
| Komentarze |
|








