Czytam Newsweeka. Dziś z niego właśnie zaczerpnąłem inspirację do publicznych wynurzeń. Ciekawa rzecz, redakcja postanowiła w czytanym przeze mnie numerze zmierzyć się z ze złem w postaci tzw. lansu. Już tłumaczę. Będzie trochę pod górkę, więc nie zachęcam do lektury tych, którym się spieszy. Mających czas zapraszam.
Otóż lans ma twarzy wiele. Weźmy, na pierwszy ogień, moją ulubioną definicję, którą sprzedała mi koleżanka M. Lans jest tu mocnym, robionym metodą chałupniczą alkoholem. Nie jest to jednak, bynajmniej, zwykły bimber. Lans jest gatunkiem szlachetnym, charakteryzuje się niepowtarzalnym smakiem a jego ingrediencje trzymane są w ścisłej tajemnicy. Lans w stolicy Polski stał się pono trunkiem, na który snobuje się stołeczna elita. I tu kolejne słowo, bez którego rzeczy nie mogą znaleźć swojego miejsca w publicznej przestrzeni – snobizm. Nie będę odkrywał Ameryki. Wiemy wszyscy. Snobizm jest zjawiskiem powszechnie wyszydzanym i równie powszechnie kultywowanym. Snobizm jest w nas, ponieważ wszyscyśmy słabi, albo też znaczna nas większość. Snobujemy się więc by się wylansować – znaczy – innych przekonać do naszej niekwestionowanej pozycji. Oczywiście, znów, nie takie to proste, ponieważ bardzo często bywa, iż lansujemy się by walczyć o życie. Osiągnięta bowiem za pomocą lansowania się pozycja, zaspokaja nasze poczucie bezpieczeństwa. Potem dopiero stajemy przed wyborem prawdziwym (lub fałszywym) – czy być snobem czy nie. Ale to zupełnie inna historia.
Wracając do Newsweeka. W tejże gazecie dwa artykuły pełne buntu przeciwko popkulturze głupim mediom i manipulacji naszą nieokiełznaną chęcią posiadania (a wszystko to, by się, w efekcie, wylansować, oczywiście). W gazecie stoi o telewizyjnych widowiskach w stylu Idol czy Top Model, których metody selekcji porównywane są przez autora do fali we wojsku oraz o gigantycznych markach w rodzaju apple’a czy levis, których to kampanie promocyjne podobne być mają do prania mózgu i praktyk sekciarskich.
Ale wpadliśmy. Jaki być może z tego morał tudzież korzyść dla nas? Żadna. Złapani w szpony swoich najniższych instynktów i lenistwa, głupoty i podstępnego marketingu bezradniśmi i podatni na presję jak dzieci. Z dobrej strony na to spoglądając, czerpiąc radość z tych wesołych praktyk zapominamy o trudach, dajemy zarobić kilku cwaniaczkom, a ci, którzy dają się publicznie oćwiczać i poniżać, robią to z własnej woli, a to, że ludzie podzieleni na strażników i więźniów tak świetnie wcielają się w rolę świadczy o ich szczególnej wrażliwości i społecznym wyczuciu. Może jednak przez to publiczne cierpienie, poniżanie właściwe relacji kapral - szeregowy czegoś się zatem uczymy? Publiczne napiętnowanie staje się inicjacją a drogie gadżety są nagrodą za trudy. Może? A może nie. Co ja tam wiem. Lansu nie pijam, bo za mocny. Podobnie jak kolega z sąsiedniej rubryki, jestem obywatelem spod budki z piwem.
mrah
fot. www.sxc.hu
| Komentarze |
|







