Sobotni spacer
Sobotnie popołudnie. Planowany od rana spacer po mieście. Towarzystwo doborowe, mój ojciec, który przyjechał do Brukseli na 1 dzień oraz jego kumpel, towarzysz podróży. Wybieramy się jak sójki, w końcu o 17 wychodzimy z domu, w przerwie między jednym i drugim deszczem świeci słońce. Optymizm. Ponieważ planujemy wypić po jednym piwie bierzemy tramwaj. Przy okazji panowie będą mieli sposobność przyjrzeć się prawdziwemu życiu brukselskich dzielnic, z tych nie najbogatszych i nie najbardziej zadbanych. Oczami turysty przyglądam się miastu. Tak jak za pierwszym razem, ile to, ze 7 lat temu. Lekko.
Lekko mi też na duszy, bo przejście z bezrefleksyjnego konsumenta przestrzeni do naiwnej fazy turysty idzie mi całkiem dobrze. Już widzę te piękne, brudne kamienice rue Brabant, przyglądam się uważnie tłumom na placu Leeds, postaram się nie pamiętać szlaku nastawiając się bardziej na jego odkrywanie. Jedziemy do Rogier. Tu nietrudno udawać mi turystę. Rzeczywiście muszę się zastanowić. Ok., już wiem; chwilę gubimy się w galeriach, potem widze już wyjście prowadzące na ulicę. Wychodzimy na świeże powietrze. Rue Neuve. Jest sobota, ludzkość oddaje się więc odświętnemu rytuałowi konsumpcji. Przez chwilę przedzieramy się przez tłum po czym sugeruję swojej grupce byśmy odbili w prawo, na spokojniejszy Adolf Max. Architektura monumentalna. Kamienice byki, pięknie zdobione. Podziwiamy zabudowę oraz przyglądamy się witrynom sklepów. W oko wpadają nam garnitury za 99 euro. Taniocha.
Po paru minutach lądujemy na placu św. Katarzyny. Przyjaciel ojca uwiecznia imponujące łuki starego kościoła. Ja przypominam sobie o pisuarach umocowanych na kościelnych murach, nie tu, na pewno w Holandii.
Idziemy dalej. Ludzkość wyległa na zewnątrz gnieżdżąc się na rozległym deptaku, każdy z konsumentów piwa czy kawy przycupnięty na krzesełku, przy niewielkim stoliczku. Gwarno, słodkawe zapachy ostryg mieszają się z kręcącą w nosie wonią kurczaka. Ne zatrzymujemy się, zmierzamy na RYNEK.
Tuż przy budynku starej giełdy zamieszanie. Tłum ludzi, policja, muzyka. Manifestacja jaka, myślimy. Zapuszczamy się w przyrynkowe uliczki, w których co rusz mijamy poubieranych kolorowo i wyzywającą ludzi bliżej nieokreślonej płci ni urody. Wesołych, podnieconych i głośnych. Potem w domu oświadczymy z niezmąconym spokojem żeśmy włączyli się do wesołej parady gejów, która tego dnia przemaszerowała a następnie rozłożyła się obozem w okolicach centrum Brukseli świętując chwile absolutnej swobody. Geje wzbudzili mieszane uczucia w moich towarzyszach. Nie doczekałem się jednak jakichś niepoprawnych politycznie deklaracji. Ot, że ogólnie nie dla nich kolorowe łaszki i rajstopki w grubą kratkę dziergane.
Na rynku piliśmy kwak. To jest to piwo, które się pije z dziwnej szklanki. Dobre. Siedząc w sercu miasta łatwo było zapomnieć gdzie się jest. Ot, głośne, atrakcyjne, obiecujące.
Ta turystyczna euforia kazała mi się nieco zgubić w poszukiwaniach Maneken Pisa. Na złe nam to nie wyszło. Odkryliśmy nie odkryte, podwóreczko najmniejszego domu w Brukseli oraz mini uliczkę, która, mimo że ma jakiś metr szerokości z niewielkim hakiem, nosi swoją własną nazwę, której nie pomnę, ale dla bardzo dociekliwych mogę wyszukać i podać na privie.
Tak najedzeni estetycznie zapragnęliśmy brukselskich frytek. Panowie co nieco słyszeli o specjalnościach tego kraju. Zamówiliśmy, zrobili siku i podjedli pysznych rzeczywiście podrobów kartoflowych z sosem.
Swoje kroki skierowaliśmy następnie na Sint Gery. Tam w oparach młodzieńczego entuzjazmu słuchaliśmy koncertu live, który zafundowała swoim klientów moja ulubiona tam knajpa Zebra. Podziwialiśmy też sprawność i urodę kelnerek. Panowie byli zachwyceni wszystkim.
Około północy w domu. I spać.