EmStacja - Portal dla Polaków w Belgii

Tuesday
Sep 07th
Text size
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Home BLOGI Ż jak życie

Ż jak życie

Ż jak życie czyli na co dzień i od święta dzieje się coś o czym nie warto zapomnieć, czasem nawet warto zapamiętać. Blog ten nie będzie, uprzedzam, poprawny politycznie, nie powstał jednak po tom żeby komuś dołożyć. Subiektywny opis i zapis zastanej rzeczywistości – to najkrócej o tem na czem się skupię. Będzie o rodzinie też, mniej o pracy, trochę o polityce, bo nie wytrzymam i o moralności, bo lubię. Zapraszam.

Nawiązania

Nawiązania, nawiązania. Piotr wybrał się jakiś czas temu niedawny na wycieczkę do Francji, gdzie w lekkie osłupienie wprawił go styl tamtejszych ceremonii ślubnych. Po naszych przaśnych i niezdrowych obyczajach francuskie sałatki faktycznie wydają się potrawą z innej czasoprzestrzeni. Słóweczko tylko o kolejności menu. Otóż Polacy przeżywają swojego rodzaju katharsis konsumpcyjne podczas ważnych uroczystości. Pochłanianie w naszej tradycji zajmuje znaczące miejsce w trakcie każdego rodzaju świętowania. Weźmy takie Boże Narodzenie. Czas niby religijny a każdy przybiera z trzy kilo. To jest w nas, to niepohamowane pałaszowanie. Co tam Francuzy z ich lekkimi przysmakami. Nam bigos milszy i rosół z pieczołowicie tuczonych zwierząt. Taniec, by nawiązać do proporcji podczas ceremonii np. ślubnych w różnych miejscach,  jest czynnością dziękczynną. Zataczamy się podchmieleni by oddać cześć naszym pogańskim przodkom, którzy w bałwochwalczym transie sprowadzali tym sposobem deszcz na porażone suszą pola. Taki los plemion żytnich.
A Belgowie różnie. Naród młody to i nie ma jakichś własnych zaszłości więc zapożycza. Twórczo oczywiście. Rok temu pojechałem na uroczystość zaślubin do przyjaciół mojej żony. I było to wydarzenie pouczające. Najpierw dekoracje. Otóż akt zaprzysiężenia miał miejsce w półokręgu. który tworzyły wielkie szpule, takie na które nawija się tysiące metrów grubego kabla. Szpule te, poustawiane jedna na drugiej w odległości kilku metrów od siebie, tworzyły prawdziwe Stonehenge. Wewnątrz zgromadziło się około 150 osób, obserwatorów ceremonii. Maestro uroczystości nie był rzecz jasna żadnym duchownym. Dla odmiany mieliśmy przyjemność obserwować faceta na oko pochodzenia marokańskiego, w kurteczce i dżinsach, który improwizując jakby przemówienie budował, trzeba przyznać umiejętnie, atmosferę uroczystą i pełna napięcia. Było spontaniczne ale przemyślane. Bardzo ładnie wytłumaczona symbolika ognia, następnie wody. Parę słów o ziemi, kosmosie itp. Tenże sam osobnik po dłuższej przemowie, w której pełno było o Państwie Młodym itp. podłożył ogień pod przygotowany uprzednio stosik drewna. Kiedy się zajęło zrozumieliśmy, że jakąś część imprezy mamy już za sobą. Teraz naszą uwagę zajęli rodzice. Nie pamiętam kolejności, w każdym razie i jedni i drudzy przejęli publiczność długim i szczerym spiczem przerywanym od czasu do czasu elementami wokalnymi. Nieziemskie. W życiu żaden nawet trzeźwy Polak nie pomyślałby że jego ojciec może mu publicznie zadedykować pieśń, którą następnie sam wyśpiewa. Nie wspomnę już o pełnych szarości detalach ze wspólnego pożycia i bogato zdobionych, pięknych, miłosnych wyznaniach. Ta część trwała jakieś 40 minut. Potem wystąpili przyjaciele Państwa Młodego z pieśnią. Popielni życzenia i atrakcje. Ponieważ Młodzi przebywali dłuższy czas w Gwatemali, przywieźli stamtąd zwyczaj puszczania balonów. W niebo poszybowały prawdziwe podsycane ogniem dzieła sztuki. Kilkanaście co najmniej sztuk pofrunęło objuczone życzeniami Młodych i gości. Gapiliśmy się na te balony i cieszyli jak dzieci. Całe towarzystwo. I to był koniec ceremonii.
Potem garden party, przed wejściem do zamczyska, w którym mieliśmy spożyć ekscytujące potrawy. Podniecające tym bardziej, że byliśmy już piekielnie głodni. Party było z winem i szampanem. Popijając mogliśmy się zabawiać grając w gry. Była gra w kulki i takie dechy, na których staje po kilka osób by razem próbować w miarę składnie, bez ofiar, się poruszać do przodu albo do tyłu, i warcaby i inne, których nie pomnę. Ojciec panny młodej przechadzał się pośród gawiedzi w słomkowym kapeluszu i było jak z Czechowa, tylko inaczej.
Wróciłem stamtąd trochę głodny, bo garden party trwało i trwało a paluszki wyszły dawno. Ci jednak, tak jak moja żona, którzy doczekali się otwarcia zamkowych wrót, chwalili kuchnię i świetną zabawę. I tańce były też.

Sobotni spacer

Sobotnie popołudnie. Planowany od rana spacer po mieście. Towarzystwo doborowe, mój ojciec, który przyjechał do Brukseli na 1 dzień oraz jego kumpel, towarzysz podróży. Wybieramy się jak sójki, w końcu o 17 wychodzimy z domu, w przerwie między jednym i drugim deszczem świeci słońce. Optymizm. Ponieważ planujemy wypić po jednym piwie bierzemy tramwaj. Przy okazji panowie będą mieli sposobność przyjrzeć się prawdziwemu życiu brukselskich dzielnic, z tych nie najbogatszych i nie najbardziej zadbanych. Oczami turysty przyglądam się miastu. Tak jak za pierwszym razem, ile to, ze 7 lat temu. Lekko.
Lekko mi też na duszy, bo przejście z bezrefleksyjnego konsumenta przestrzeni do naiwnej fazy turysty idzie mi całkiem dobrze. Już widzę te piękne, brudne kamienice rue Brabant, przyglądam się uważnie tłumom na placu Leeds, postaram się nie pamiętać szlaku nastawiając się bardziej na jego odkrywanie. Jedziemy do Rogier. Tu nietrudno udawać mi turystę. Rzeczywiście muszę się zastanowić. Ok., już wiem; chwilę gubimy się w galeriach, potem widze już wyjście prowadzące na ulicę. Wychodzimy na świeże powietrze. Rue Neuve. Jest sobota, ludzkość oddaje się więc odświętnemu rytuałowi konsumpcji. Przez chwilę przedzieramy się przez tłum po czym sugeruję swojej grupce byśmy odbili w prawo, na spokojniejszy Adolf Max. Architektura monumentalna. Kamienice byki, pięknie zdobione. Podziwiamy zabudowę oraz przyglądamy się witrynom sklepów. W oko wpadają nam garnitury za 99 euro. Taniocha.
Po paru minutach lądujemy na placu św. Katarzyny. Przyjaciel ojca uwiecznia imponujące łuki starego kościoła. Ja przypominam sobie o pisuarach umocowanych na kościelnych murach, nie tu, na pewno w Holandii.
Idziemy dalej. Ludzkość wyległa na zewnątrz gnieżdżąc się na rozległym deptaku, każdy z konsumentów piwa czy kawy przycupnięty na krzesełku, przy niewielkim stoliczku. Gwarno, słodkawe zapachy ostryg mieszają się z kręcącą w nosie wonią kurczaka. Ne zatrzymujemy się, zmierzamy na RYNEK.
Tuż przy budynku starej giełdy zamieszanie. Tłum ludzi, policja, muzyka. Manifestacja jaka, myślimy. Zapuszczamy się w przyrynkowe uliczki, w których co rusz mijamy poubieranych kolorowo i wyzywającą ludzi bliżej nieokreślonej płci ni urody. Wesołych, podnieconych i głośnych. Potem w domu oświadczymy z niezmąconym spokojem żeśmy włączyli się do wesołej parady gejów, która tego dnia przemaszerowała a następnie rozłożyła się obozem w okolicach centrum Brukseli świętując chwile absolutnej swobody. Geje wzbudzili mieszane uczucia w moich towarzyszach. Nie doczekałem się jednak jakichś niepoprawnych politycznie deklaracji. Ot, że ogólnie nie dla nich kolorowe łaszki i rajstopki w grubą kratkę dziergane.
Na rynku piliśmy kwak. To jest to piwo, które się pije z dziwnej szklanki. Dobre. Siedząc w sercu miasta łatwo było zapomnieć gdzie się jest. Ot, głośne, atrakcyjne, obiecujące.
Ta turystyczna euforia kazała mi się nieco zgubić w poszukiwaniach Maneken Pisa. Na złe nam to nie wyszło. Odkryliśmy nie odkryte, podwóreczko najmniejszego domu w Brukseli oraz mini uliczkę, która, mimo że ma jakiś metr szerokości z niewielkim hakiem, nosi swoją własną nazwę, której nie pomnę, ale dla bardzo dociekliwych mogę wyszukać i podać na privie.
Tak najedzeni estetycznie zapragnęliśmy brukselskich frytek. Panowie co nieco słyszeli o specjalnościach tego kraju. Zamówiliśmy, zrobili siku i podjedli pysznych rzeczywiście podrobów kartoflowych z sosem.
Swoje kroki skierowaliśmy następnie na Sint Gery. Tam w oparach młodzieńczego entuzjazmu słuchaliśmy koncertu live, który zafundowała swoim klientów moja ulubiona tam knajpa Zebra. Podziwialiśmy też sprawność i urodę kelnerek. Panowie byli zachwyceni wszystkim.
Około północy w domu. I spać.

Święta święta....

Po świętach. Nastrój jakiś refleksyjny został. I smak. U mnie w domu sporządzało się dania tradycyjnie, ręcznie. Żadnych kupnych przysmaków, które, nota bene, wyglądają całkiem smacznie, zwłaszcza w niektórych polskich sklepach, ciasta pieczone według starodawnych receptur, odpowiadające gustom świątecznych smakoszy.
Było więc własnoręcznie – tzn. rękoma mojej żony i jej niezawodnych sióstr, które wspólnie wspięły się na wyżyny kucharskiego kunsztu. Była wielkanocna baba, mazurki, królewski tort. Był też żur i barszcz. Agnieszka przygotowała też dla naszego Kamila grudę mięcha woniejącą czosnkiem.
Więcej…

Proste przysmaki

Dla amatorów silnych wrażeń smakowych, którzy równocześnie nie pogardzą kuchnią prostą acz oryginalną boudin blanc et une compote de pommes. Francuszczyzna oznacza tu po prostu bułczankę z musem jabłkowym. Mniej zorientowanych oświecam  - otóż bułczanka to taka kaszanka tylko, że białego koloru, zamiast krwi są w niej resztki wieprza a zamiast kaszy bułka. Danie to bije rekordy popularności w Belgii. Obok ostryg i frytek  jest ono flagowym okrętem belgijskiego łakomstwa. Łatwe do przyrządzenia, właściwie w ogóle nie wymaga pracy ponieważ mus kupujemy w wielkim słoju w każdym supermarkecie a kiełbasę czyli boudin u rzeźnika (by dodać sprawie pikanterii jabłuszka można utrzeć z niewielką ilością masła w domu). Masową konsumpcję tego intrygującego miksu owoców i mięsa, gdy idzie o popularność, można porównać jedynie do pałaszowania naszych grubych parówek, tyle że w Polsce zjada się je zwykle z musztardą. Zestaw bułczanki z jabłkiem jest według Belgów świetnym i pożywnym obiadkiem. Serwuje się go więc często w szkołach oraz domach starców.

Komu przeszkadza kupa

Mirek przesłał mi dziś opowieść o kupie. To jest książeczka niewielka, dla dzieci, bogato i całkiem zmyślnie ilustrowana opisująca ten niezręczny i wstydliwy w gruncie rzeczy stan ludzkiej i nie ludzkiej kondycji. Prawda, kupa śmierdzi. Ktoś kto twierdzi inaczej zasadniczo powinien, co najmniej, zrewidować swój pogląd. Śmierdzi też ser w gruncie rzeczy i nabywca, owszem, nieco się krzywi na ten smród, równocześnie jednak pochwala smakowy bukiet czy też barwę, zajada się więc bez żenady przepłacając często znacznie. Nie chodzi więc tylko o zapach, ale i o wstydliwą czynność, której nasz układ trawienny dokonuje w kompletnej ciszy (zwykle) i właściwie bez naszej wiedzy. Ta czynność to Przemiana materii zwana potocznie Trawieniem. Produktem ubocznym owej Przemiany jest Kupa. To wstyd mieć tak beznadziejnie nieapetyczny produkt na swoim koncie. Co z tego, że każdy go ma, mam i ja, jak chce natchniony copywriter.
Więcej…

Po pierwsze golizna

Jak co wieczór robiłem sobie swoją wirtualną prasówkę węsząc co by tu publicznie wyszydzić. Przejechałem wzrokiem o wyborach (do których zaraz mam zamiar powrócić, bo rzecz mię zajęła nieco, tknęła powiedzmy), następnie było coś o związkach zawodowych, ogólnie nudy, a przeglądam przecież właśnie sztandarowy belgijski brukowiec, który nosi dynamiczną nazwę Z Ostatniej Chwili (Bla Bli Blu Bla).
Więcej…

Koncert, meeting i przysłowia

Koncert formacji Bez Jacka. Przecudnej urody. Aż żal, że urwałem się wcześniej. Mimo duchoty panującej na ósmym piętrze pilnie strzeżonego budynku na rondzie Shumana w Brukseli, dało się wytrzymać i z prawdziwą przyjemnością wysłuchać. To nie jakaś tam sztuka z górnej półki, bynajmniej. Śpiewając poezję naszych wrażliwych na piękno i inne takie poetów, Bez Jacka uczciwie dzieli z nami, słuchaczami, fascynację słowem a i muzyką, bezpretensjonalnie,  po swojemu, wykonując pieśni sposobem, którego nie da się podrobić podczas żadnego z towarzyskich ognisk czy grillów zakrapianych.
Więcej…

Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo*

Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo*

W niedzielę znów spacer z małżonką. Weszło nam w zwyczaj najwyraźniej. Przechadzamy się wolnym krokiem po niezliczonych metrach kwadratowych targów budowniczych, tak je roboczo nazwijmy, Batibouw. Uważny szperacz znajdzie zdjęcia z tej naszej przechadzki na stronie emstacji. Coś tam skrobnąłem o samych targach na stronie, więc nie będę się powtarzał, choć specjalnie dla miłośników mojego bloga i samego Piotra, sąsiada, który o mały włos by się tam także nie znalazł, uchylę rąbka dziennikarskiej tajemnicy na światło dzienne wyciągając całą tę naszą podróż po świecie najnowszych trendów współczesnego budowania i przyozdabiania.

Więcej…

Verba docet exempla trahunt


Piotr nie odpowiada na moje zaczepki bo się wygrzewa. Jest gdzieś, gdzie rośnie pieprz i wieje łagodna bryza. Sam bym się przejechał, ale ostatnio za dużo wydałem na zakupy. Tydzień jak zwykle udany pomijając interesy. Tu gorzej. Jako przedstawiciel klasy systemowo mniej zrzeszonej skazany jestem na bandę głupców i cwaniaków, którzy tylko czekają aż zamiast, jak mam w zwyczaju, dupy pokaże im szyję. Wtedy wypiją całą krew. Nie daję się, ale za to boli mnie brzuch od kawy a tyłek cierpnie z zimna od ciągłego, demonstracyjnego obnażania.
No, ale to detal w sumie i, co wyznać trzeba z miejsca, mała przesada też. Dodać trzeba że chłód i ziąb. Poranki są najgorsze.
Więcej…

Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie

Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie, czyż nie? Mądrość przysłowia, która wszystko tłumaczy w dowolnym pozostając kontekście, jak dźwięk jakiś, beknięcie czy tupnięcie, co innego oznacza w zależności od słuchacza, że się tym tanim rymem wykpię. Ciekawym co Piotr o przysłowiach sądzi, Piotr, sąsiad z bloga obok.

Więcej…
Strona 2 z 3