04.07.2010. Gdy wygrywa się w męczarniach 1:0, gdy w takim meczu padają bramki, ale sędziowie ich nie uznają, gdy drużyna gra swój najlepszy mecz turnieju i strzelając śliczną bramkę awansuje - to wszystko jest nic. Nic z porównaniem z tym co wyprawiają Niemcy. Drużyna Joachima Loewa jest na ustach całego świata i – można powiedzieć – już wygrała Mundial. Przypomnę: kilka dni temu nasi sąsiedzi upokorzyli Anglię (4:1) by wczoraj wpisać taki mecz w regułę. Niemcy pokonali Argentynę 4:0(!!!) i już dziś śmiało możemy uznać ich grę za futbol z innej planety.
Jak można było tak upokorzyć Anglię i Argentynę?! Czy nie ma w nich litości? Czy nie mogli odpuścić, nie wystarczyłoby im 2:0??? Ech...kto by odpuścił? O Anglii już właściwie zapomniałem, ale Argentyna żywo tli się w mej duszy. Zaczęli im strzelać już od trzeciej minuty i nie zatrzymali się do końca.
To dziwny Mundial, na którym najwyższe biegające piłkarskie czeki nie strzeliły gola (Rooney, Messi, Kaka) lub zdobywają co najwyżej jednego (jak Ronaldo w meczu z Koreą z północy). Cóż, chciałbym podsumować Mistrzostwa już dziś ale muszę jeszcze poczekać...
Kolega Mirosław z Łukaszem od wczoraj, ponoć, słuchają tylko tego:
Zastanawiam się jeszcze czy przypadkiem kluczem do zwycięstwa nie jest nos, taki zwykły nos, który rośnie między oczami. Mówimy nawet, że trzeba mieć nosa do czegoś, ja pytam: A może kluczem do tego jest to co W NIM MAMY?
To nos Loewa:

I nos Maradony (może jednak wziął za dużo?):

A żeby nie było tylko o Niemcach i Argentynie zobaczcie radość José Antonio Camacho ze zwycięskiej bramki Davida Villy w meczu z Paragwajem:
| Komentarze |
|





