
Zbigniew Rosiński urodził się w 1919 r. w Przeworsku. Był studentem prawa na Uniwersytecie Jagielońskim, gdy wybuchła II Wojna Światowa. Po 17. września 39 r. (ataku Rosji Sowieckiej na Polskę) wyjechał do Rumunii, a stamtąd do Francji, gdzie formowała się armia polska. Trafił do 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej (późniejszej 1 Dywizji Pancernej) gen. Stanisława Maczka i został przydzielony do 24. pułku Ułanów Pancernych. W 44. roku już w stopniu oficera brał udział w wyzwalaniu Belgii i Holandii. Został za to odznaczony m.in. Polskim Krzyżem Walecznych.
"Wojna była dobrym okresem mojego życia - z punktu widzenia moralnego. Wiedzieliśmy czego się trzymać. Mieliśmy dobrych dowódców i byliśmy gotowi do dalszej walki. Później dużo się zmieniło..." - tak zaczyna swoje wspomnienia.
Dlaczego Belgia?
We Flandrii Pan Zbigniew poznał przyszłą żonę. To Pani Denise oraz sytuacja polityczna w Polsce zadecydowały, że pozostał w Belgii.
"Po wojnie moi rodzice wrócili do kraju, część rodzeństwa pojechała do Francji, a ja zostałem w Belgii. Zostałem, bo dominacja komunistyczna w Polsce po 45. roku naprawdę mi nie odpowiadała. Słyszałem smutne historie o kolegach, którzy wrócili do kraju. Nas, żołnierzy 1 Dywizji Maczka, nowa władza pozbawiła polskiej narodowości, a tych, którzy wracali do kraju, wsadzała do więzienia. Taką odsiadkę zaliczył także mój brat. W 44. roku, podczas wyzwalania Flandrii, poznałem moją przyszłą żonę. Tuż po zakończeniu wojny ożeniłem się i nie chciałem, aby Denise rozstawała się z rodziną i krajem. Moja teściowa była Walonką, a teść Flamandem i wtedy nikt nie słyszał o jakichś antagonizmach między tymi nacjami. W ich domu mówiło się po francusku i po flamandzku. Ich synowie studiowali w języku flamandzkim, a ich córka- moja żona w języku francuskim. Było tak przyjęte, że panny uczyły się w języku francuskim. Mój teść, oficer rezerwy armii belgijskiej, był weteranem obu wojen. Miałem szczęście, bo traktowali mnie jak syna. Stwierdziłem więc, że spróbuję ułożyć sobie życie w Belgii. Sądzę, że gdybym nie poznał Denise i jej rodziny to prawdopodobnie próbowałabym szukać szczęścia, w którymś z anglojęzycznych krajów, jak wielu moich kolegów."
Uniwersytet w Antwerpii
Po zakończeniu wojny Pan Zbigniew przede wszystkim chciał studiować. Miał wówczas 24 lata, znał biegle francuski - w dzieciństwie uczyła go francuska guwernantka i angielski - podczas wojny posługiwał się nim równie często, jak polskim. Zdecydował się na studia handlowe. Kierunek "Transport morski, ziemny i powietrzny" na Uniwersytecie Antwerpskim.
"Wtedy była jeszcze możliwość studiowania w języku francuskim. Od 1948 roku na tej uczelni preferowany jest flamandzki. Czteroletnie studia ukończyłem w 3 lata. Wraz ze mną studiowało około 50 Polaków. Zawarte wtedy znajomości przetrwały lata. Niektórzy z moich kolegów po studiach wyemigrowali, rozlecieli się po świecie, wyjechali do USA, Argentyny, Australii czy Anglii. Inni, podobnie jak ja, zostali w Belgii i pozakładali tu rodziny."
"Złote lata" Antwerpii i portu
Po zakończeniu wojny port w Antwerpii był przez kilka lat największym portem przeładunkowym w Europie, a większość międzynarodowych firm transportowych miała tu swoje siedziby i przedstawicielstwa.
"Miałem szczęście. Po wojnie międzynarodowe firmy transportowe, które miały siedziby w Antwerpii, poszukiwały specjalistów. Pracę otrzymałem już drugiego dnia po obronie dyplomu. Pamiętam, że początkowo otrzymywałem 5 tysięcy franków miesięcznie, co było kwotą wystarczająca, żeby się utrzymać. Lata powojenne to złoty okres w historii tego miasta. Antwerpia miała kolosalny atut. Dzięki działaniom m.in. lokalnego ruchu oporu jej port w czasie wojny nie został zniszczony. Roterdam bardzo ucierpiał, Hamburg został praktycznie zrównany z ziemią, a port w Antwerpii ocalał. Dlatego wtedy nikt nie pytał o ceny, chciał tylko, aby wykonać robotę, przeładunek, transport, a Antwerpia na tym zarabiała. Nie trwało to jednak długo, bo dosyć szybko swoje porty odbudowali i Niemcy i Holendrzy. Były one już dużo nowocześniejsze od portu antwerpskiego, który nie był modernizowany. Ówczesna polityka belgijska polegała raczej na maksymalnym wykorzystaniu jego potencjału, a inwestycje w infrastrukturę odkładano na później, Dziś na szczęście się to zmieniło i Antwerpia ma jeden z najnowocześniejszych portów na świecie."
Pan Zbigniew zrobił karierę jako specjalista w dziedzinie handlu międzynarodowego. Szybko został dyrektorem międzynarodowej firmy transportowej. Później współtworzył i był naczelnym dyrektorem belgijskiej firmy spedycyjnej. Do 70-roku życia był sędzią Trybunału Handlowego w Antwerpii. Dziś jest sędzią honorowym.
"Moi koledzy żołnierze"
Życie towarzyskie Pana Zbigniewa koncentrowało się wokół kolegów żołnierzy i przyjaciół ze studiów. Kiedy w 1947 roku rozwiązano Polskie Siły Zbrojne stworzyli związki pułków w 1 Dywizji Pancernej. Każdy pułk miał swoje tzw. "koło przyjacielskie". Później, kiedy Polacy rozpłynęli się po całym świecie, zaczęły powstawać związki krajowe. Bo tam, gdzie spotkało się czterech czy pięciu Polaków, których wiązała wspólna historia, od razu powstawało jakieś stowarzyszenie. W Belgii istnieje Związek Polskich Kombatantów i Weteranów, którego honorowym przewodniczącym jest Pan Zbigniew.
" To my oswobodziliśmy Flandrię. Może brzmi to nieco zarozumiale, ale nie wiem, czy była pani na cmentarzu w Lommel. Niech się pani tam wybierze. Leży tam 500 ludzi, Polaków, którzy zginęli podczas walk o wolność Belgii. "Dziękujemy Wam Polacy" – Belgowie i Holendrzy pisali to w języku polskim i przyklejali do szyb w swoich domach, kiedy wyzwalaliśmy ich miasta. Liczba kolegów i przyjaciół, których straciliśmy podczas tych walk, mówi sama za siebie. Ale, jak powiedział gen. Maczek, "Polak bije się o wszystkie narody, ale umiera dla Polski". Jako Polak, były żołnierz doskonale to rozumiem."
Magda Musitowska