
11 listopada. Wszyscy wiemy. Marszalek Piłsudski na koniu. Niepodległość. A w Europie Zachodniej nastroje inne. Tu kanonada z okazji zakończenia I Wojny Światowej, zwanej Wielką. Skala tego konfliktu była niewyobrażalna. Od morza Północnego aż po Szwajcarię przez Europę ciągnęły się okopy, w których miliony żołnierzy koczowało by od czasu do czasu wypełznąć z dziury na ostatni poranny bieg.
Trochę znamy tę atmosferę z literatury. Stagnacja, beznadzieja, absurd. Europa bodaj pierwszy raz uczestniczyła w czymś takim na tak znaczną skalę. W każdym razie od wojen napoleońskich.
Belgowie wspominają tę wojnę szczególnie. Wtedy umierali ich żołnierze. W II Wojnie Światowej królestwo poddało się po kilkunastu dniach. Nie ma się czym chwalić, tym bardziej wspominać. Dlatego zapewne kiedy nasz wzrok wyłapuje gdzieś w zaułku lub przy wejściu do parku pomnik, to jest to przeważnie kolejny z licznych hołdów złożonych belgijskim bohaterom tej strasznej wojny, w której życie straciło w sumie około 10 milionów ludzi.
Ostatni kombatanci odeszli zaledwie kilka lat temu. Dziś Król Albert II składa symboliczny wieniec, słucha kanonady, równo 21 wystrzałów i salutuje przedstawicielom organizacji kombatanckich, którzy wojny nie przeżyli, ale jak westalki podtrzymują ogień pamięci.
Prawdą jest również, że pamięć u Belgów krótka jest. Na pytanie, cóż to za dzień dzisiaj mamy? znaczna ich część odpowie wymijająco, że to coś w związku z wojną. Niby z prawdą się nie myli, a jednak…
Parę lat temu pewien polityk (nazwiska już nie będę wypominał, bo historia znana i obśmiana rubasznie) tego waśnie dnia poproszony o odśpiewanie belgijskiego hymnu nucił Marsyliankę. Dziś zapewne wykuł tekst i muzykę na blachę. Potrzeba mu jednak było publicznego ośmieszenia.
Nie ma co jednak na Belgów narzekać. O cmentarze dbają, króla utrzymują (pensję rodzinie królewskiej zmniejszono ostatnio nieznacznie), a wiadomo, król potrzebny jeszcze mniej niż hymn. Chwała więc mieszkańcom dobrego królestwa za dobre usposobienie i niezbyt nachalną politykę asymilacyjną, co nas, jak lwy broniących swojej tożsamości bardzo przecież cieszy.
Czyli my na koniu w niepodległość, Belgowie zapadający w słodki letarg historyczny (skupieni na bieżącym tworzeniu historii, choćby z obecnym premierem w roli pierwszego ojca wszystkich Europejczyków – to dopiero skala), a Niemcy, wielcy listopadowi przegrani, mają własną rocznicę. Opisaną, omówioną i sfotografowaną dwa dni temu (9 listopada, dla porządku).
Wszystko więc wraca stopniowo do normy. Niemcy nie muszą się już bać tego upiornego listopada (lub równie żenującego maja). W jesieni padł mur, wiosną rozszerzała się Unia (przy ich wydatnym udziale). Najbogatsze państwo Europy świętuje więc zwycięstwo z co najmniej równie wielką dumą jak reszta Europejczyków. Każdy ma swoje piękne listopadowe święto. A jak ktoś się jeszcze nie wpasował, niech polubi pierwszy dzień tegoż miesiąca.
Maciej Hilarowicz
fot. Kasia Ładomirska
| Komentarze |
|








