Jednym z licznych problemów, z jakimi borykają się Polacy wyjeżdżający za chlebem jest… chleb. Ktoś kiedyś powiedział mi „Ja wiem, wy Polacy macie taki kwaśny chleb, jak Niemcy”. Krew we mnie zawrzała! Jaki kwaśny??? Normalny! Pyszny, polski chleb! Dopiero później, gdy opadło święte oburzenie, musiałam przyznać rację rozmówcy. No w końcu nasz chleb robiony jest na zakwasie, wiec jaki ma być, przecież nie słodki? Zwłaszcza dla nienawykłego, niderlandzkiego podniebienia.
Belgijskie i holenderskie podniebienia przyzwyczajone są do miękkiego, delikatnego chleba, zarówno białego jak i ciemnego, którego kromki dla mnie (i dla wielu Polaków) pomimo różnicy w kolorze i zawartości, smakują niemal identycznie (czytaj: bez smaku), rwą się przy najmniejszej próbie posmarowania ich margaryną, o maśle nie wspominając, i beznadziejnie oklejają zęby… Tubylcy często jedzą kromki tego chleba złożone wpół, jak kanapki na pikniku, zapewne w słusznej obawie, że pojedyncza kromka nie utrzyma ciężaru sera lub szynki.
Ciężko mi nazwać ten wyrób chlebem, raczej kojarzy mi się on z polskim pieczywem, sprzedawanym pod nazwą „chleb tostowy”. I ciężko mi się nim także najeść…
Dlatego też zarówno ja, jak i inni polscy imigranci, przemierzamy tutejsze sklepy wszerz i wzdłuż, próbując znaleźć coś przypominającego smakiem (a nie tylko wyglądem) nasz polski chleb powszedni. Co mamy do wyboru?
Supermarkety w Belgii i Holandii oferują całą gamę chlebów z własnych piekarni, które niestety najczęściej różnią się od siebie jedynie wyglądem, choć czasem można znaleźć w ich ofercie coś chlebopodobnego. Z wyjątkiem Lidla – pieczywo z Lidla, bez względu na kształt i kolor, nie nadaje się absolutnie do niczego. Dość dobry, chyba najbardziej podobny do polskiego chleb sprzedaje Delhaize. Są też małe piekarnie, w których metodą prób i błędów często można całkiem „zjadliwe” pieczywo zakupić (moja piekarnia „na rogu” niestety do nich nie należy). No i oczywiście polskie sklepy, które na ogół nie wysilają się za bardzo i działają według opacznie rozumianej zasady „dobre bo polskie”, sprzedając mierne pieczywo, którego jedyną zaleta jest kraj pochodzenia.
W sumie dość dobrym wyjściem jest kupowanie bułek do własnego wypieku – przynajmniej smakują jak bułki…
Ale w trakcie rozlicznych prób można także trafić na całkiem smaczne miejscowe wypieki, których odpowiedników próżnoby szukać w polskich piekarniach. W ten sposób odkryłam w Belgii suikerbrood i rozijnenbrood – chleb na słodko oraz chleb z rodzynkami. Holenderski Albert Hein, który zaczyna otwierać swoje sklepy także w Belgii, ma z kolei bardzo smaczny notenbrood – chleb z rodzynkami i orzechami laskowymi. Warto spróbować i poszerzyć swoje chlebowe horyzonty.
A tak naprawdę to przy wyborze chleba ( i wielu innych produktów) obowiązuje zasada inż. Mamonia z „Rejsu” - lubimy tylko te piosenki, które już znamy. Siedziałam kiedyś przy śniadaniu z moim Ulubionym Belgiem i patrząc jak zajada miejscowe pieczywo, wydziwiałam: „jak możesz to jeść?”, „jest paskudny”, „to w ogóle nie jest chleb” itd. A Ulubiony Belg spojrzał na mnie z łagodnym pobłażaniem i rzekł: „Ależ kochanie, TO jest smak mojego dzieciństwa…”
PS. Ale i tak wyżera mi polski chleb, skrzętnie utykany w zamrażarce po każdym pobycie w Polsce…
Maria Rumak
| Komentarze |
|
|







