Paweł Wojciechowski został złotym medalistą mistrzostw świata w skoku o tyczce. W koreańskim Daegu Polak oddał skok na wysokość 5,90 i pokonał rywali z Kuby i Francji. Doskoczył w to miejsce po 11 latach pracy, co zdaniem trenera Romana Dakiniewicza, który "wypatrzył" i kilka lat trenował Wojciechowskiego, mniej więcej pokazuje, ile czasu potrzeba na stworzenie zawodnika liczącego się na świecie. Ale wiele wskazuje na to, że skok o tyczce znowu robi się polską specjalnością.
Żeby uprawiać ten sport trzeba być dobrym sprinterem, mieć żyłkę akrobaty i wyrobić w sobie nawyki sprzeczne z ludzką naturą. Tak twierdzi Monika Pyrek, trzykrotna medalistka mistrzostw świata w tej dziedzinie. " Po założeniu tyczki leci się do góry, głową w dół. Poza tym trzeba się wówczas pozbawiać jedynego punktu oparcia. A gdy człowiek znajduje się w powietrzu, to jego pierwszą myślą jest raczej: czego by się tu przytrzymać(...) - powiedziała w rozmowie z tygodnikiem "Polityka".
Firmy ubezpieczeniowe umieszczają skok o tyczce w tej samej grupie ryzyka co skok ze spadochronem. W cytowanej "Polityce" Roman Dakiniewicz opowiadał o wypadkach na jakie narażeni są skoczkowie i ich problemach z powrotem do skakania. Łukasz Michalski, zawodnik, który w Daegu znalazł się tuż za podium (5,85), jakiś czas temu miał niebezpieczny wypadek i trener długo musiał namawiać go do powrotu do skoków. Zdaniem Dakiniewicza, zawodnicy najbardziej boją się, że spadną poza matę, ale kiedy się przemogą, to frajdy ze skakania nie są w stanie z niczym porównać.
U Pawła Wojciechowskiego, kilka lat temu wykryto chorobę Scheuermanna. Groziło mu nawet całkowite odejście od sportu. "Nigdy nie wątpiłem, że wrócę do skakania. Ból pleców był rzeczywiście wielki. Okazało się, że to nie tyle kontuzja, co genetyczna choroba. Kręgi są za blisko siebie. Nie do wyleczenia. Jeden lekarz powiedział mi, że zaraz wyląduję na wózku inwalidzkim. Drugi, że nie może podjąć decyzji, czy mogę trenować. Trzeci, żebym poczekał trzy-cztery miesiące, muszę obudować kręgosłup mięśniami i nie powinno być problemu z powrotem do sportu. Wybrałem tego trzeciego. Okazuje się, że kłopoty mogą się w pełnej krasie pokazać, jak będę około pięćdziesiątki. Idę w to. Przez trzy-cztery miesiące nic nie robiłem. Kompletnie nic. Dostawałem w głowę, świrowałem, bo nie umiem nic nie robić. No i musiałem zacząć od nowa skok o tyczce, z dwóch poziomów niżej."- opowiadał w wywiadzie dla sport.pl Wojciechowski.
Jego obecny trener, Włodzimierz Michalski, wie, że kręgosłup to najsłabsza część ciała Pawła. "Gdy do mnie trafił zauważyłem, że przede wszystkim musi podjąć bardzo trudny trening przygotowania ogólnego. Miał dwa lata przerwy, spowodowane różnymi zawiłościami zdrowotnymi, a wtedy są inne napięcia i znika masa mięśniowa" – powiedział w jednym z wywiadów. Okazało się jednak, że dwa lata bezpośredniego przygotowania wystarczyły, by Wojciechowski zdobył złoty medal.
Po finale najbardziej cieszył się, że mógł kupić pięć batoników i wszystkie jednego dnia "wciągnąć". Przyznaje, że jest łakomczuchem. Jego ulubione dania to pizza z prosciutto, rukolą i parmezanem w płatkach i kebaby. Ale teraz musi dbać o wagę.
Główną cechą, która wyróżnia Pawła Wojciechowskiego jest, zdaniem Michalskiego, jego wrażliwość. "Gdy zobaczyłem, że po skoku na rekord Polski w Szczecinie Paweł płakał, sam się wzruszyłem. To jest piękne, że ten chłopak potrafi w ten sposób okazywać swoje emocje. On bardzo późno dojrzał emocjonalnie. Myślę nawet, że ten proces jeszcze się nie zakończył. Dopiero teraz w pełni kształtuje się jako mężczyzna i zawodnik". A jakie są marzenia naszego mistrza?
"Marzę, by wygrać na olimpiadzie w Londynie, i będę nad tym pracował. Ale tak jak teraz, bez nagłych przyspieszeń" – stwierdził w wywiadzie dla sport.pl
Magda Musitowska
| Komentarze |
|







